Przygotowując się do wyjazdu na Bałkany zagłębiłem się w relacje z poprzednich wyjazdów: z 2005 roku do Serbii i Czarnogóry oraz z 2006 roku do Albanii. Przez lata większość wspomnień umknęła, a szczegółowe sprawozdania z wyjazdu nabierały wspaniałej wartości. Ta relacja będzie więc w „starym” stylu. Mało reportażowa. Rzeczowa. Szczegółowa. Za dziesięć lat będzie świetną pamiątką.

O tytułowym czarnym śniegu śpiewała Ceca:

Sobota, 27 kwietnia – Dubrownik
Samolot Eurolotu wylądował w Dubrowniku punktualnie – o 10:00 rano. Byłem półprzytomny z niewyspania, a na lotnisku – sajgon. W sobotę najprawdopodobniej zmieniają się turnusy, a kolejka do odprawy paszportowej była niemiłosiernie napchana Polakami, Finami i Niemcami. Kolejka wylewała się aż na schody do wejścia do terminalu, co doprowadziło do zabawnej sytuacji: sporo osób wchodziło na ruchome schody w dół, a na dole gęsty tłum nie pozwalał na opuszczenie tychże schodów. W panice musieli więc wbiegać po ruchomych schodach na górę.

Dubrownik z lotu ptaka

W końcu udało się przebrnąć przez formalności i dostać do punktu wynajmu samochodów Peugeot Car Rentals, gdzie jeszcze w styczniu zaklepałem Peugeot 206 za 20 EUR za dzień (taniej na lotnisku się nie da – sprawdzałem wszystkie kilkanaście wypożyczalni).

W samo południe dotarłem do jedynego campingu w Dubrowniku – Solitudo, położonego całe 4 km od centrum miasta. Cena strasznie wysoka: 80 zł za nocleg w namiocie! Nawet na Korsyce campingi były tańsze. Niestety jak się jednak miało okazać, było to tylko preludium do dubrownickich cen (hamburger w najtańszej spelunie: 30 zł; wejście na mury miejskie: 50 zł, gałka lodów: 5 zł).

Dubrownickie Stare Miasto

Po rozbiciu namiotu niezwłocznie ruszyłem na stare miasto – bardzo piękne, otoczone fantastycznymi murami. Było gorąco jak piorun, a senność dawała się we znaki, więc po trzech godzinach drałowania udałem się do spożywczego po materiał na kolację i zimne piwo Karlovacko, a wieczór spędziłem na polu namiotowym przy lekturze Polityki.

Caffe bar KUPA
Mury Dubrownika

Niedziela, 28 kwietnia – Bośnia i Hercegowina
Po odespaniu całego tygodnia pracy wsiadłem w wóz i skierowałem się na północ Magistralą Adriatycką. Moim celem był Mostar, na którego odwiedzenie przez splot niesprzyjających przypadków osiem lat wcześniej nie starczyło czasu. Droga była wyjątkowo malownicza, niestety co chwila ruch tamował jakiś zawalidroga, którego było ciężko wyprzedzić na serpentynach.

Jeśli dokładnie przyjrzeć się mapie, około 100 km na północ od Dubrownika wybrzeże chorwackie jest przecięte na pół przez około 10-km skrawek Bośni i Hercegowiny. Na wjeździe do i wyjeździe z Naum czekała mnie więc pierwsza i druga kontrola paszportowa tego dnia. Naum jest pełne stacji benzynowych i supermarketów i żyje z różnicy cen między Chorwacją i BiH.

Po trzecim tego dnia przekroczeniu granicy wreszcie wjechałem do „właściwej” BiH, a chwilę później zatrzymałem się po raz pierwszy, żeby zabrać autostopowicza – pierwszym gościem był czternastolatek jadący kilka wsi dalej do swojej dziewczyny.

Trzy godziny od wyruszenia z Dubrownika wreszcie dojechałem wreszcie do Mostaru, pozbyłem się auta i ruszyłem piechotą na miasto. Kiedy pierwszy raz ujrzałem słynny most – zaparło mi dech w piersiach. Warto było jechać taki kawał, żeby to zobaczyć. Most był zniszczony przez Chorwatów w 1993 r., ale odbudowano go zgodnie ze starymi regułami budowlanymi. Od konstrukcji zawieszonej nad szmaragdową Neretwą trudno oderwać wzrok, siadłem więc w jednej z kilkudziesięciu knajp na brzegu rzeki, zamówiłem cevapcici i kawę turecką i patrzyłem. Co około 20 minut miejscowe nastolatki robią pokaz dla turystów i skaczą (odpłatnie) z wysokości 22 metrów do rzeki. Z daleka wygląda to naprawdę ciekawie.

Mostar
Mostar, widok z minaretu

Centrum Mostaru jest malutkie, to zaledwie kilka wybrukowanych ulic w bezpośrednim sąsiedztwie mostu. Dość szybko obejrzałem kilka meczetów (wejście 2 KM; na minaret: 4 KM), stary dom tureckiego kupca, i ruszyłem do Medjugorie (30 km od Mostaru).

Po drodze zatrzymałem się na malowniczych serpentynach, aby podziwiać górujące nad Mostarem ośnieżone wierzchołki Gór Prenj. Obok stał samochód na polskich blachach SZY:
Ja: Dzień dobry, widzę że Państwo przyjechali z Żywca. Już wcześniej w Mostarze zwróciłem uwagę na Państwa samochód.
Kobieta: O, dzień dobry, a to niespodzianka – myśleliśmy po samochodzie, że jest pan Chorwatem. Skąd pan jest?
Ja: Z Gdyni, ale moja żona jest z Bystrej koło Bielska, to rzut kamieniem do Żywca.
Kobieta: Faktycznie, no proszę, ale ten świat mały!
(podchodzi jej mąż, wskazuje na ośnieżone szczyty Prenj i pyta)
Mąż: Piękne góry, nie wie Pan jak wysokie?
(już otwieram usta, żeby zabłysnąć wiedzą, że szczyty mają ponad dwa tysiące metrów, i że najwyższy ma 2150 m, ale przerywa mi:)
Kobieta: Ależ daj spokój, pan jest z Gdyni, pan przecież takich rzeczy nie wie!

W drodze do Medjugorie

Pojechałem więc dalej nadrabiać braki w wiedzy. Jak się okazuje, z Medjugorie to jeden niezły przekręt. Objawienia z 1981 r. nigdy nie zostały oficjalnie uznane przez Kościół. Sześcioro dzieci twierdziło, że objawiła się im Maryja. Dzisiaj dzieci dobiegają już pięćdziesiątki. Trójka z nich twierdzi, że nadal ma widzenia codziennie; druga trójka natomiast, że tylko raz w roku w święta.

Historia prawdziwe czy nie, szóstka dzieci z Medjugorie wydatnie przyczyniła się do pobudzenia bośniackiej gospodarki i zamieniła zapadłą dziurę w centrum pielgrzymkowe. Hotele Maryja, Chwała, plastikowe Maryje, plastikowe Jezusy, piwiarnie Dubrownik, kawiarnie, steak housy. Koszmar. Spędziłem w mieście kwadrans i uciekłem. Nie przypominam sobie, żeby jakiekolwiek miejsce kultu mniej pobudziło mnie do duchowej refleksji.

Medjugorie
Medjugorie

Wkrótce w aucie towarzyszyła mi trójka nastolatków, którą wybierała się oglądać ze znajomi mecz piłki ręcznej w Capljinie. Podwiozłem ich dokąd chcieli i pojechałem do kamiennego miasteczka Pocitejl.

Pocitelj

Późnym popołudniem rozpocząłem odwrót. Zamiast jednak wracać Magistralą Adriatycką, wybrałem dłuższy wariant przez Stolac, Ljubinje i Trebinje, czyli w większości przez Republikę Serbską. Na zwiedzenie tych wszystkich miejsc zabrakło mi czasu, ale droga była wyjątkowo malownicza. Późnym wieczorem przekroczyłem granicę chorwacką i już ciemną nocą dojechałem do Dubrownika.

Przez Hercegowinę w kierunku Trebinje

Poniedziałek, 29 kwietnia – Dubrownik
Rano pojechałem na lotnisko odebrać Bognę. Po drodze zatrzymałem się, aby zabrać kolejnych stopowiczów. Okazało się, że to Polacy, którzy brali udział w słynnym dorocznym wyścigu autostopem – w tym roku do Dubrownika. Startowało pięćset par, a dotarli na metę jako drudzy, a teraz wybierali się na wycieczkę do Czarnogóry. Podrzuciłem ich kilka kilometrów do lotniska, po czym odebrałem żonę i razem wróciliśmy do Dubrownika, aby razem zwiedzić miasto.

Zdecydowanie najciekawszą częścią zwiedzania (oprócz lodów po 5 zł za gałkę) była wycieczka wokół murów Starego Miasta. Opowieści, że to najwspanialsze mury miejskie na świecie nie są zbyt przesadzone. Mury są wysokie – na kilkanaście metrów; szerokie – od metra do sześciu; i długie – na ponad dwa kilometry. Widok na starówkę jest znakomity.

Na murach Dubrownika
Na murach Dubrownika
Na murach Dubrownika

Wieczorem odnaleźliśmy kawałek plaży niedaleko campingu i po raz pierwszy w tym roku popływaliśmy w morzu.

Wtorek, 30 kwietnia – Boka Kotorska
Rano zwinęliśmy namiot i wyruszyliśmy do Czarnogóry, a konkretniej do położonego tuż za przejściem granicznym Herceg Novi. To zaledwie godzina jazdy z Dubrownika, ale po stronie czarnogórskiej zauważyliśmy wyraźne różnice w porównaniu do Chorwacji. Miejscami słowiański bałagan (którego brakowało nam w Chorwacji); nareszcie pojawiły się szyldy „BUREK”, „CEVAPI” i „Buregdžinica”, ceny też zachęcające do ich skosztowania. Zjedliśmy burki pod cerkią Św. Jerzego w Herceg Novi, wsłuchując się w dźwięki dochodzącej z pobliskiej szkoły muzycznej.

Boka Kotorska

Trasa wokół Boki Kotorskiej – czarnogórskiego fiordu – jest przepiękna. Dwadzieścia osiem kilometrów drogi wiedzie tuż nad brzegiem morza, a wzdłuż niej góry niekończąco spadają do morza. Powolny objazd Boki zajął nam kilka godzin. Szczególnie spodobały nam się wioska Morinj z piaszczystą plażą, tablica z drogowskazem na Sopot, Perast i wyspa Gospa od Škrpjela.

Sopot w Boce Kotorskiej
Perast
Perast
Perast

Wjeżdżając do Kotoru od strony Dobroty szukałem wzrokiem obozowiska Cyganów, gdzie w 2005 r. udało nam się rozbić namioty na jedną noc. Niestety nie było po nich ani śladu – wzdłuż drogi tylko wille, apartamentowce. Wygląda na to, że w starciu z boomem deweloperskim ostatnich lat Cyganie nie mieli szans i musieli się wynieść w inne miejsce.

W Kotorze po posileniu się owocami morza ruszyliśmy w kierunku twierdzy (kilkaset metrów i 45 minut marszu ponad miastem). W drodze na twierdzę jak zwykle zadziwiły mnie Czarnogórki, raźno prące do góry po kamiennych schodach w szpilkach i klapkach.

Kotor
Widok na Kotor z podejścia na twierdzę

W dalszej drodze na południe podrzuciliśmy na stopa 24-letniego Bośniaka, który od 22 lat mieszka w Czarnogórze. Jechał z siatką z supermarketu na siłownię do Budvy i żalił się, że choć nic nie łączy go już z rodzinnym Sarajewem, Czarnogóra nadal nie chce nadać mu obywatelstwa, co uniemożliwia mu chociażby… legalne zdobycie prawa jazdy. Dlatego jeździ stopem na siłownię.

Planowaliśmy zatrzymać się w Budvie na noc, ale kiedy zobaczyliśmy wysokie hotele i mocno rozrośnięte komercyjne miasto, ruszyliśmy dalej w kierunku Św. Stefana – uroczej wyspy-hotelu (nocleg – kilkaset euro za noc). Jeden kilometr za Św. Stefanem znaleźliśmy w krzakach troszkę tańszą alternatywę noclegu – zaniedbany jak diabli, ale tani jak barszcz camping Crvena Glavica. Spotkaliśmy tam sympatycznych Polaków ze Szczecina, którzy wybrali się na 8-dniową majówkę do Czarnogóry… samochodem. Zakończyliśmy dzień na karimatach przed namiotami. Popijaliśmy piwo i rozmawialiśmy długo w noc.

Środa, 1 maja – dookoła Jeziora Szkoderskiego
We wtorek naoglądaliśmy się pięknych starówek, zdecydowaliśmy się więc ominąć Bar i Ulcinj i serpentynami przez góry pomknęliśmy do Virpazar (okraszonego mocno przesadzoną nazwą „Wenecja Czarnogóry”) nad Jeziorem Szkoderskim. W Virpazar jest dużo żab, które uwieczniliśmy na dyktafonie.

Jezioro Szkoderskie, Virpazar

Na południe z Virpazar wzdłuż jeziora wiedzie droga w kierunku Albanii. Na większości tego pięćdziesięciokilometrowego odcinka jezdnia jest szeroka zaledwie na jeden samochód, więc tempo jazdy jest rekreacyjne. Ale za to jakie widoki! Droga wije się serpentynami po zboczach gór, przez wioski, zagajniki, skarpami. Po drugiej stronie jeziora było widać nadal ośnieżone Alpy Północnoalbańskie.

Jezioro Szkoderskie

W malutkim Godinje nabyliśmy za 20 euro od osiemdziesięcioośmioletniego dżentelmena litr rakiji oraz litr winiaka (słodkiego likieru z winogron). Nieco dalej w miasteczku Ostrog z dala od szlaku turystycznego odbywał się dzień targowy, zatrzymaliśmy się więc w środku harmidru na cevapi i kawę po turecku. Za Ostrogiem w lesie o mały włos nie przejechaliśmy dwudziestocentymetrowego żółwia, którego zdjęliśmy z drogi do lasu.

W drodze do Ostros
Targ w Ostros
W knajpie w Ostros
W knajpie w Ostros

Granicę czarnogórsko-albańską przekroczyliśmy w Sukobinie i ruszyliśmy do pobliskiej Szkodry. Dużo opowiadałem Bognie o naszej tygodniowej wizycie w Albanii w 2005 r., starając się ją nastawić na „Azję w sercu Europy”: rozgardiasz, obskurne miasta, złodziejstwo, nieistniejące drogi, wozy ciągnięte przez osły. Uwaga, uwaga – ta Albania znika!

Dzisiaj ze Szkodry do Tirany wiedzie droga szybkiego ruchu. Podobnie w kierunku Koplika i Podgoricy – kiedyś 60 km pokonywało się terenowym busem w trzy godziny, a dzisiaj nowiutką drogą w godzinę. Nawet maleńki Koplik doczekał się obwodnicy; do już-nie-zapomnianego Boga w Górach Północnoalbańskich dochodzi asfalt. W Szkodrze nie ma już psów wałęsających się w centrum miasta, zamiast tego – świeżo wyremontowany i zamknięty dla ruchu deptak. Ceny – coraz bardziej europejskie.

Twierdza w Szkodrze, Albania
Na twierdzy w Szkodrze, Albania
Na twierdzy w Szkodrze, Albania
Widok na Szkodrę z twierdzy

Co zostało bez zmian? Nadal pół albańskiego narodu wydaje się utrzymywać z myjni samochodowych – lavash – rosnących co kilkadziesiąt metrów. Nadal biletowi na twierdzy w Szkodrze chętniej biorą euro do kieszeni niż sprzedają bilet. Nadal powszechny jest kowbojski styl jazdy samochodem – ale nie dziwota, jeśli weźmie się pod uwagę, że w Albanii do 1991 nie było samochodów.

Szkodra, Albania

Nie zmienili się też pogranicznicy na przejściu między Koplikiem, a Szkodrą (choć zniknęły badziewne kontenery, a samo przejście przesunięto kilkaset metrów w stronę jeziora – na drogę szybkiego ruchu). Niedbale wbili Bognie pieczątkę do paszportu, na stronę zarezerwowaną na wpisy urzędowe. Podobnie osiem lat wcześniej wbili pieczątkę Mydlakowi – na stronę przeznaczoną do wpisywania dzieci.

Będąc z powrotem w Czarnogórze, ominęliśmy naszym Peugeotem centrum Podgoricy i po krótkim epizodzie z policją na obwodnicy Danilovgradu (obyło się na pouczeniu), dojechaliśmy niekończącymi się serpentynami do klasztoru Ostrog. Niestety – wnętrze klasztoru było w renowacji.

W drodze do klasztoru Ostrog, Czarnogóra
Klasztor Ostrog

Wieczorem czekała nas długa droga do Żabljaka. Długa? Otóż od 2010 roku już nie. Z Niksicia do Durmistoru prowadzi nowiutka droga szybkiego ruchu, w wielu miejscach trzyjezdniowa. W efekcie czas podróży skrócił się z 3 godzin 45 minut do… godziny i dziesięciu minut. O zmroku, po przejechaniu 400 km, dotarliśmy do Żabljaka. Na polu namiotowym Mlinski Potok byliśmy jedynymi gośćmi.

W drodze do Żabljaka
W drodze do Żabljaka
W drodze do Żabljaka
Żabljak, Mlinski Potok

Czwartek, 2 maja – Durmitor
Gospodarz pola namiotowego zarzekał się, że pamięta mnie sprzed ośmiu lat – ale kiedy zagłębiliśmy się w fakty okazało się, że chyba jednak pomylił mnie z kim innym. Zadbał jednak o gościnę, oferując już z samego rana łyk rakiji, pokazując kolekcję poroży i – wyraz najwyższego zaufania – miejsce gdzie trzyma strzelbę.

Na kempingu w Żabljaku

Nie paliliśmy się, żeby iść w góry. Durmitor jest wysoki i sięga 2500 metrów. Góry położone są jednak daleko na południu Europy, więc jak na maj zalegała tam niezwykła ilość mokrego śniegu – na 1500 metrów miejscami nawet metr. Warunki bardziej nadawały się na skitury niż na chodzenie i wiedzieliśmy, że bez sprzętu za daleko nie zajdziemy.

Durmitor

Wybraliśmy się więc na wycieczkę na lekko przez Czarne Jezioro w kierunku łąk pod Bobotov Kukiem. W drodze powrotnej obeszliśmy Czarne Jezioro. W lecie to banalna i bardzo popularna ścieżka spacerowa, którą Czarnogórki potrafią przejść nawet w szpilkach. Podczas naszej wizyty po stronie północnej ścieżka została poprzerywana pięcioma szerokimi, rwącymi wodospadami z topiącego się śniegu. W efekcie łatwy spacerek zmienił się w zmagania na bosaka z wartkimi kaskadami, w których temperatura wody ścinała nogi w kilka sekund. Po przejściu drugiego wodospadu poważnie zastanawialiśmy się, czy nie zawrócić.

W Durmitorze
Czarne Jezioro, Durmitor
'Scieżka spacerowa' dookoła Czarnego Jeziora

Popołudniu pojechaliśmy do kanionu rzeki Tara, najgłębszego kanionu w Europie (Kanion Verdun we Francji – 700 m głębokości; Kanion Tary – 1300 m). Głęboko w kanionie przez rzekę przerzucony jest piękny Most Durdevica, zawieszony 170 metrów nad taflą wody. Przy moście umówiliśmy się na rafting nazajutrz i wróciliśmy do Żabljaka na nocleg.

Most nad Tarą
Rzeka Tara
Most nad rzeką Tara
Żabljak i Durmitor

Piątek, 3 maja – Tara & Boka Kotorska
Rankiem wróciliśmy do mostu nad Tarą, gdzie byliśmy umówieni na rafting. Niestety oprócz nas nie było chętnych, musieliśmy więc wybrać półtoragodzinną łatwą trasę (na dłuższym wariancie są świetne, ale trudne bystrza). Najbardziej nam jednak zależało na zobaczeniu mostu z rzeki. Rafting był udany – mimo niewielkich trudności (wysoki poziom wody) pustym pontonem mocno rzucało, a na jednym bystrzu o mały włos wywróciło by nas do góry dnem. Most z dołu jest przepiękny – zdecydowanie warto wybrać się na taką wycieczkę (40 euro).

Rafting na Tarze
Rafting na Tarze
Rafting na Tarze
Rafting na Tarze
Rafting na Tarze

Nad Durmitor ponownie nadchodził chłód i ciemne chmury. Po powrocie do Żabljaka zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy w cieplejsze rejony Czarnogory – z powrotem nad Bokę Kotorską. Dzięki nowej drodze osiągnęliśmy Morinj w zaledwie trzy godziny.

W drodze do Boki Kotorskiej
W drodze do Boki Kotorskiej
Z powrotem w Boce Kotorskiej!
Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska
Morinj, Boka Kotorska

Sobota, 4 maja – przez bośniackie Trebinje do Warszawy
Sobota była ostatnim dniem wyjazdu. Z żalem opuściliśmy Bokę Kotorską, wspinając się stromą drogą z powrotem w kierunku Vilusi. Wkrótce po przekroczeniu dziewiątego przejścia granicznego dotarliśmy do Trebinje, po drodze mijając malowniczy zbiornik retencyjny, a w nim zalane domy.

Jezioro Trebińskie, Bośnia i Hercegowina
Zatopiony dom w Jeziorze Trebińskim

Trebinje urzekło nas od pierwszego spojrzenia. To całkowicie serbskie miasto i tak jak Serbia – pełne kawiarni, buregdzinicy, cevapdzinicy – wszystkich pełnych ludzi. Na głównym skwerze miasta w weekendy rozkłada się targowisko. Na wyciągnięcie ręki było tyle pyszności, że po raz pierwszy żałowaliśmy, że dotarliśmy na Bałkany samolotem, przez co ograniczała nas waga bagażu. Po długich dyskusjach zdecydowaliśmy się kupić słój domowego ajwaru, kilka burków, kilogram białych serów (sprzedawanego ze skór owiec) no i oczywiście trzy litry słodkiego, pysznego winiaka.

Trebinje, Bośnia i Hercegowina
Targ w Trebinje, Bośnia i Hercegowina
Targ w Trebinje, Bośnia i Hercegowina
Targ w Trebinje, Bośnia i Hercegowina
Targ w Trebinje, Bośnia i Hercegowina

Spłukani z konwertybilnych marek zatankowaliśmy auto i ruszyliśmy do granicy chorwackiej w Brgacie Gornym. W Kupari wysprzątaliśmy i wymyliśmy samochód, po raz ostatni wykąpaliśmy się w Adriatyku i z wielkim żalem wsiedliśmy w samolot do Warszawy.

Na pożegnanie wyjazdu LOT poczęstował nas wyrafinowanym przysmakiem – kajzerką.

Kulinarne kreacje LOTu

Bałkańska kuchnio – wróć!

Share →

3 Responses to W poszukiwaniu czarnego śniegu

  1. Wooky pisze:

    Super! 🙂
    A ta kajzerka to na serio? Coś do tego było chyba?:P

    • Radek pisze:

      Oj, obawiam się, że LOT podchodził do tej kajzerki śmiertelnie poważnie. Do kajzerki wybrałem herbatę gourmet – bo z cukrem 🙂

  2. Bastek pisze:

    O fajny wyjazd Wam wyszedł. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *