Indie są pełne Europejczyków i Amerykanów, którzy przyjeżdżają po duchowe oświecenie. Spotykamy ich wszędzie – pod Himalajami, w Rajasthanie, na backpackerskim Paharganj w Delhi. Czasami widujemy ich w niesłychanie skołtunionych włosach i bardziej indyjskich ubraniach niż Hindusów, ale zawsze w najbardziej turystycznych i komercyjnych miejscach polecanych przez Lonely Planet. To im chciałabym zadedykować tę historię.

„Obrazek wprowadzający”:
Dwudziesto- & trzystoparoletni włóczykije z torbami ze sztruksu w stylu hippie. Wir tanich hotelików i bazarów z bawełnianymi koszulami z nadrukowanym Lordem Krishną. Ogłoszenia o lekcjach jogi i masażach ajurwedycznych. Wszystko po to, żeby skontaktować się ze swoim duchem.

W grę wchodzi też:
> podpatrywanie Sadhu, żeby poznać tajemnicę nirwany
(tzn. wysuszeni starcy, którzy całe życie spędzili żebrząc półnago na ulicach nauczyli się w mistrzowski sposób wykorzystywać swoją szansę od losu)
> klaskanie i bujanie się w świątyniach hindu, kiedy lokalni Hindusi bębnią i zawodzą przed posągami Ganeshy (bóg-słoń) etc.
> „magical mushrooms”, Bang-Lassi (koktail – jogurt z liściami marihuany) i inne miejscowe wynalazki.

My w tych warunkach nigdy nie wznieśliśmy się na „wyżyny duchowe”. Procesje Europejczyków z dredami, brodami a la ZZ Top i w gumowych klapkach stały się dla nas częścią indyjskiego krajobrazu tak samo jak rikszarze w pomarańczowych koszulach od „Armaniego”.

Dlatego gdy w Boże Narodzenie dotarliśmy do Leh, atmosfera pogodnego spokoju starych klasztorów buddyjskich zrobiła na nas ogromne wrażenie. Pomyślałam ze zdumieniem, że to – pomimo wszystko- może być prawdą – że to jest właśnie to miejsce, gdzie można odnaleźć siebie, a ludzie żyją prostolinijnie i szczerze. W przeciwieństwie do Indii, które poznaliśmy w naszych poprzednich podróżach, tu pierwszy raz znaleźliśmy się w miejscu zupełnie pozbawionym wrzawy i tandety.

Wszystko zdawało się potwierdzać duchową wyższość Ladakhu nad resztą.

Uśmiechy mijanych przechodniów w Leh, mnisi mieszkający w zimnych ścianach klasztorów, codzienne towary zapełniające małe sklepiki, a nie turystyczne gadżety „Made in China”; wreszcie niezwykle przyjazne nastawienie naszych ladackich gospodarzy…

I tu zaczyna się historia, którą chcę opowiedzieć.

Zatrzymaliśmy się w małym pensjonacie, jednym z nielicznych otwartych o tej porze roku. To jedno z tych miejsc, gdzie schody składają się z powykrzywianej poręczy i drewnianych stopni o różnej wysokości, a w łazience stoją wiadra z zamarzniętą wodą. Nasi gospodarze Mahrin i Samir z dwójką małych dzieci zajmowali pokój naprzeciwko naszego.

Było nam bardzo miło, kiedy w Wigilię wieczorem zaprosili nas na wspólną wycieczkę do klasztorów następnego dnia. Mahrin, bardzo drobna i o delikatnych rysach, sprawiła że czuliśmy się czymś więcej niż tylko gośćmi w pensjonacie. Samir, jej mąż, był raczej milczący, wydawało nam się że należy właśnie do tych osób, które mówią niewiele, za to są ostoją spokoju. Dzień z naszymi gospodarzami był udany, dlatego wieczorem zaprosiliśmy całą rodzinę do tybetańskiej restauracji (chyba jednej z dwóch otwartych w Leh w grudniu – było dość zimno, jedliśmy nie zdejmując kurtek i czapek).

Rodzina naszych gospodarzy dopełniała obrazek prostolinijnego, niewinnego Ladakhu, miejsca dla prawdziwych poszukiwaczy duchowej odnowy.

W ostatni wieczór przed naszym wyjazdem Mahrin zaprosiła mnie do ich małego pokoiku. Chociaż wychowała się na wsi pod Leh, mówiła świetnie po angielsku. Była bardzo ciekawa, jak się żyje w Polsce, dlatego zaczęłyśmy opowiadać sobie nawzajem o naszym życiu.

Mahrin powiedziała z dumą, że historia jej małżeństwa z Samirem jest dość słynna w okolicy. Poznali się jeszcze mając kilkanaście lat i od razu było wiadomo, że będą razem. Ale też że będą z tego kłopoty. Mahrin jest buddystką, a Samir – muzułmaninem. Leh jest mieszanką buddystów, muzułmanów i hindu, którzy mieszkają obok siebie i posyłają dzieci do tej samej szkoły. Ale to jeszcze nie znaczy, że mieszane małżeństwa mają prawo się wydarzyć.

Kiedy Mahrin powiedziała rodzicom, że chce wyjść za mąż za Samira, w domu wybuchła awantura. Nikt nie chciał zaakceptować małżeństwa z muzułmaninem, ale Mahrin postawiła na swoim. Wzięli ślub.

Chociaż rodzice nie odzywali się do niej przez dwa lata, z czasem wzajemne relacje się poprawiły. Teraz wolno jej odwiedzać rodzinny dom. Oczywiście tylko z dziećmi i nie za często. Bez Samira. Brata spotyka czasem, na bazarze, robiąc zakupy. Nie odezwał się do niej przez ostatnie siedem lat.W mieście, w którym wszyscy się znają, ona i Samir wywołali sensację i byli wytykani palcami.

Słuchając Mahrin odkryłam, że za jej spokojnym uśmiechem kryje się mnóstwo determinacji.

Powiedziałam jej, że dla mnie jej dom jest pełen ciepła. Dzieci są szczęśliwe i beztroskie. No i w końcu ma Samira, czyli swoją ucieczkę. To musi wynagradzać jej wszystko.

Mahrin popatrzyła na mnie i powiedziała „NO!”.

Podeszła do szafy i zaczęła wygrzebywać z torby w zakamarkach szafy jakieś papiery. Wyciąnęła całą stertę wymiętych kartek, które wyglądały na czytane codziennie od długiego czasu. Położyła ten cały stos przede mną i kazała mi czytać.

To były emaile napisane prze Samira do jakiejś kobiety z zagranicy. Po angielsku, językiem jak z amerykańskich teledysków. Luv ya baby, missing you, can’t wait 2 c ya. Coś o spotkaniu w Delhi. Honey, did you tell your daddy about us?

Co to jest??

Ladakh w lecie jest pełen turystów. Część z nich stanowią singielki. Samir i jego brat prowadzą razem biuro turystyczne – równa się – świetny pretekst do znikania z domu na całe tygodnie. Przyjechali Amerykanie i kazali się obwozić po Nepalu przez miesiąc. Muszę pojechać na kilka tygodni z klientami do Delhi. Dzisiaj w nocy zabieram ludzi do obozu po drugiej stronie przełęczy.

Samir nigdy nie mówił Mahrin, z kim będzie po tej drugiej stronie przełęczy. Mahrin powiedziała mi, że na początku się tym nie interesowała. Ale czasem pojawił się niepokój. Któregoś dnia, kiedy była w 5. miesiącu ciąży z drugim dzieckiem, ktoś z Leh powiedział jej o kolejnej dziewczynie z zagranicy, którą jej mąż oprowadza po świątyniach buddyjskich, zapewniając jej duchowe oświecenie.

To było tuż przed tym, kiedy zadzwoniła ta od emaili. Chciała rozmawiać z Samirem, Mahrin odebrała. Tamta dziewczyna nie wiedziała, że jej Baby ma żonę w ciąży i małe dziecko. Obiecała Mahrin, że przyśle jej całą korespondencję, którą wynieniła z jej mężem.

Tak więc siedziałam z Mahrin na dywanie w tym małym pokoju, przeglądając stosy kartek. Dzieci się obudziły i właśnie zaczynały oglądać Cartoon Network, więc mogłyśmy rozmawiać dalej. Dowiedziałam się, że Mahrin zagroziła Samirowi rozwodem. W Indiach nikt się nie rozwodzi, może parę zwesternizowanych osób w Gurgaonie, które i tak spędziły 5 lat w Nowym Jorku, ale w Ladakhu – rozwód to jeszcze większy wstyd niż ślub z muzułmaninem! No i co to za groźba, jeżeli kobieta prowadzi guesthouse należący do rodziny męża, ma dwójkę małych dzieci, a własna rodzina już dawno przestała się nią interesować!

Zapytałam Mahrin, dlaczego ciągle trzyma te papiery w torbie w szafie i co powiedział Samir, kiedy je zobaczył. Okazało się, że Samir nigdy się nie dowiedział o listach. Tamta kobieta dzwoniła do niego wiele razy później, ale podobno on nie chiał z nią rozmawiać, więc wymienił kartę SIM w telefonie. Mahrin powiedziała mi, że czeka na dzień, kiedy jej dzieci będą na tyle dorosłe, żeby przeczytać listy. Szczególnie jej syn, żeby nie stał się taki sam jak ojciec.

To jeszcze nie koniec historii. Mahrin wyjęłą z szuflady starsze albumy ze zdjęciami, bo chciała pokazać mi swoje zdjęcia z czasów szkolnych z rodzicami. Na wycieczce w Bangalore, z siostrą w ogrodzie… Na tych zdjęciach była wesołą, pulchną dziewczyną z czarnymi warkoczami. Ja poznałam Mahrin jako chudą, zmęczoną kobietę.

Szukając zdjęć z domu Mahrin, natknęłyśmy się na inne zdjęcia. Brat Samira. Obecnie mieszkający w Kalifornii. W Kalifornii? Okazauje się, że ożenił się z Amerykanką, którą oprowadzał po Ladakhu w czasie jej wakacji. Mieszka w USA już 2 lata, jak powiedziała Mahrin – i ciekawe, kiedy się to skończy. Mahrin próbowała znaleźć zjęcie brata z żoną Amerykanką, ale zamiast tego znalazła:
– zdjęcie z Koreanką i jej rodzicami (ex-girlfriend, you see)
– zdjęcie z Japonką (ex-girlfriend, you see).

Na zakończenie: Ulubiona historia Samira do opowiadania zachodnim turystom, którzy przyjeżdżają do guesthous’u: romantyczna miłość jego i Mahrin, która przezwyciężyła bariery religii i pochodzenia.

PS. Komentarz mojej znajomej z pracy, Neelu (Hindi):
To bardzo pospolita historia w Indiach. Pewnie z połowa „love marriages” tak właśnie się kończy. Dlatego nasi rodzice polegają na „arranged marrieges”, żeby zaoszczędzić nam takich przeżyć.

(Zmieniłam imiona naszych gospodarzy)

Tagged with →  
Share →

One Response to Coś dla poszukiwaczy duchowości

  1. Jaco pisze:

    Przykre. I chociaż podobne historie zdarzają się we wszystkich społeczeństwach, na wszystkich szerokościach geograficznych od równika po bieguny, tutaj najbardziej bolą: okoliczności małżeństwa, cynizm i obłuda faceta oraz przepaść pomiędzy dwoma światami. Autentycznie, żal mi tej kobiety.

    A w przekonaniu Twojej koleżanki „arranged marriages” mają niby chronić przed zdradą i porzuceniem? Nie kumam tego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *