tekst: Radek Pawłowicki
zdjęcia: Paweł Nowakowski, Radek Pawłowicki

Alvani to małe miasteczko trzy godziny jazdy od Tbilisi (8 lari od osoby), gdzie na głównym skrzyżowaniu stoją dwa opuszczone domy, a w posowieckim domu towarowym znajdują się trzy sklepy. Ta pipidówa to okno na świat regionu Tusheti, tj. znajduje się poczta i tu też zaczyna się górska droga do Omalo. Niestety dojazd do Omalo jest problematyczny, bo nie ma mowy o żadnej komunikacji publicznej i można liczyć tylko na mieszkańców wioski, którzy w Alvani robią zakupy. Droga jest przejezdna wyłącznie dla jeepów a pokonanie 70 km zajmuje 4 godziny.

Ponownie pomogło nam szczęście, bo mimo późnej pory spotkaliśmy Gruzina z terenowym Mitsubishi i pustą paką. Cena którą zaśpiewał za wszystkich była astronomiczna, bo aż 200 lari (125 dolarów), ale nie pomogły negocjacje, odchodzenie od samochodu i inne zagrania, bo podobną cenę ustalił rynek: 25 lari dla miejscowych i 35 lari dla zagranicznych. Z bólem serca zgodziliśmy się na warunki monopolisty i zapakowaliśmy się do kabiny i na pakę.

Po wizycie na jedynej w okolicy stacji benzynowej ruszyliśmy drogą. Już po 5 km skończył się asfalt i grzaliśmy 70 km/h po polnej, ale płaskiej drodze. Wkrótce miało się okazać, czemu przejazd kosztuje aż tyle. Droga wchodzi w bardzo głęboką dolinę, tnie półkami skalnymi i cały czas się wspina. Po drodze przejeżdża się przez kilka rzek i strumieni, koło jęzora lodowca, a nawet pod wodospadem (ci co jadą na pace, będą przemoczeni w ułamku sekundy!). Ilość serpentyn jest przeogromna, bo przez 2,5 godziny trzeba wspiąć się samochodem 2500 m do góry, na wysokość 2900 m! Szczególnie emocjonujące jest mijanie się z innymi samochodami, bo na drodze zmieści się tylko jeden, więc drugi musi zatrzymać się przy ścianie, kiedy pierwszy wjeżdża jednym kołem na kamienistą krawędź przepaści. Osoby z lękiem wysokości mają tam czego się bać. Nie wiadomo co gorsze, wjazd czy zjazd, bo na zjeździe Gruzini oszczędzają hamulce i przed każdym zakrętem jest ta chwila niepewności: zdąży wyhamować czy nie? Droga zjeżdża do doliny drugiej rzeki, po to, żeby przekroczyć most i wspiąć się znowu do Omalo.








Omalo jest położone w raju. Po czterech godzinach z wystrzępionymi nerwami, na półkach skalnych i serpentynach, nad przepaściami; nagle ni z tego ni z owego otwiera się szeroki na kilka kilometrów płaskowyż, pełen łąk, lasów, kwiatów. Na drugim jego końcu wyrasta góra, na której zboczu znajduje się wioska, a na samej górze – Omalo górne, kilkanaście domów pod kamiennymi wieżami.

Kamienne wieże to symbol Kaukazu. W Tuszetii informowały kiedyś mieszkańców o zbliżającym się najeździe z Dagestanu lub Czeczenii. Ciągną się przez cały region, a każda wieża widzi następną. Gdy zbliżali się wrogowie, zapalano na szczycie wieży ognisko, następna wieża w kolejności zapalała następna i w ten sposób na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów cały region był zaalarmowany w przeciągu kilkunastu minut!

Cały nasz misterny plan uniknięcia opłat za wstęp do parku narodowego wziął w łeb, bo rozbiliśmy się na terenie posesji jednego z rangersów, który od razu ściągnął od nas haracz w wysokości 15 lari. Nie ma tego co by na dobre nie wyszło, bo w wiosce na niewielkie pieniądze można kupić bardzo smaczny lokalny ser i zaopatrzyć się w świeże mleko (zrobiłem to w domu położonym najwyżej i przydała się tam znajomość niemieckiego – gospodyni uczyła się tego języka w liceum).

Następnego dnia wyruszyliśmy na właściwy trekking. Szeroką polną drogą, która nadaje się do przejazdu rowerem albo samochodem, poszliśmy do Dartlo. Z Omalo można iść na północ także grzbietem około 3000-metrowym, ale nie ma tam nigdzie źródeł wody i ciężko zejść do doliny w jeden dzień (to trasa na 10-14 godzin), więc wskazane jest posiadanie zapasów wody na jeden nocleg. Trasa wybrana przez nas jest i tak bardzo malownicza, a idąc grzbietem omija się niestety Dartlo.



Dartlo było dla mnie najpiękniejszą kamienną wioską w regionie. Urokliwe jest to, że wieże nie tylko górują nad wsią, ale także kilka z nich znajduje się między domami. Jeden z górali opowiedział nam, że jeszcze jego dziadek miał w zwyczaju wieszać na wieżach ucięte głowy i ręce pokonanych wrogów. Na dole wioski łatwo wypatrzyć ruiny cerkwi, która jakoby była przeklęta. Ilekroć kończono jej budowę, a próbowano 3 albo 4 razy, zawalał się dach, więc do dzisiaj stoją wyłącznie ściany budynku.



Ruszyliśmy dalej w popołudniowym słońcu, wybierając wariant drogi nad rzeką (można iść także przez wioskę położoną 200 metrów nad dnem doliny). Snuliśmy się z Bogną na końcu grupy. Po 8 godzinach marszu byłem nieziemsko zmęczony, a prażyło niemiłosiernie. Nawet nie zauważyłem i nie usłyszałem górala jadącego konno, który chciał nas wyprzedzić. Kiedy Bogna ostrzegła mnie, żebym uważał, odwróciłem się i zderzyłem prosto z nozdrzami jednego z koni. Musiałem wyglądać na wyczerpanego, a może góralowi podobały się blond włosy Bogny, bo zaoferował, że nas podwiezie. I w ten sposób pojechaliśmy autostopem na koniu!




Wieczorny obóz rozbiliśmy przy strumieniu koło wioski Czeszo. Pogawędziliśmy z naszym góralem, ale rozmowa się nie kleiła, bo nie mówił po rosyjsku, a my w gruzińskim znaliśmy tylko kilka słów. Turysta w tych rejonach to okaz rzadki, bo wzbudziliśmy zainteresowaniu u miejscowych. Kilkunastu nawalonych w trupa górali przygalopowało do nas konno, o mało nie tratując namiotów i bardzo chcąc pozować do zdjęć. Byli namolni, ale zupełnie nieszkodliwi, i niedługo potem pogalopowali z powrotem do Czeszo.







Następnego dnia po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do bazy pograniczników gruzińskich w Girewi, gdzie obligatoryjnie musieliśmy się zarejestrować. Nie do końca jest jasne, jakie zezwolenia trzeba mieć na trekking w strefie przygranicznej. Spotkani Polacy twierdzili, że wymagano od nich jakiegoś papieru z Tbilisi, ale powołali się na pułkownika Tetuadze Aftandila, którego spotkali przypadkiem w Omalo i to wystarczyło. My z kolei na prośbę o zezwolenie pokazaliśmy bilety wstępu do parku narodowego wystawione w Omalo no i oczywiście paszporty, co również zadowoliło panów z kałaszami. I ruszyliśmy dalej.





Droga już jakiś czas temu zamieniła się w ścieżkę, która w samym Girewi prowadzi między kamiennymi wieżami (nie jest to wcale takie oczywiste). Po kolejnych godzinach i minięciu zrujnowanych wież w Czontco natknęliśmy się na patrol pograniczników, którzy skrupulatnie skontrolowali nasze dokumenty i konsultowali to z punktem w Girewi przez radio. Powód prosty – szliśmy doliną pod samym Tuszetskim Grzebieniem (3400-3600 m), po którym biegnie granica gruzińsko-czeczeńska. Pogranicznicy wracali powoli do swojej bazy w górze doliny i mijaliśmy się raz po raz. W końcu zaproponowali nam gościnę u siebie. Po krótkich wahaniach zdecydowaliśmy się iść z nimi.








Krótko przed zmrokiem po bardzo długim i wyczerpującym marszu dotarliśmy do bazy, zakładanej co roku na wiosnę i zwijanej na zimę w tym samym miejscu: gdzie do doliny schodzi ścieżka z przełęczy Larowani (3317 m). W bazie rarytas – agregat zapewnia minimalną ilość ciepłej wody w polowym prysznicu!

Na kolację zostaliśmy zaproszeni do mesy, gdzie razem z obsadą całego posterunku – około 10 żołnierzy – zasiedliśmy do kolacji. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi gośćmi w historii, więc na naszą cześć zarżnięto barana, a kucharz jak na warunki wojskowe stanął na głowie: pieczona baranina, gotowana baranina, kiszone buraki (? do dziś nie jestem pewien co to było), miód, mleko no i cza-cza. Nazajutrz mieliśmy zaplanowaną pobudkę na szóstą i przejście przez Przełęcz Atsunta, a impreza aż trwała do pierwszej, przy długich toastach z czaczy, opowieściach, śpiewaniu pieśni polskich i gruzińskich. Pawłowi został podarowany nawet mundur pogranicznika!


Gruzini wyposażyli nas na drogę w litr miodu i masę skondensowanego mleka, które dodatkowo obciążyły nasze plecaki i odprowadzili do kładki nad rzeką. Tam też mieliśmy okazję zrobić sobie zdjęcia z naładowanym AK-47, czyli słynnym kałasznikowem.







Ścieżka w tym miejscu jest już praktycznie niewidoczna. Dalszą drogę trzeba pokonać wzdłuż strumienia, trzymając się jego prawej strony. Po godzinie dociera się do punktu, gdzie schodzą się dwie rzeki, oznaczonego na radzieckich mapach topograficznych jako miejsce o wysokości 2525 m. Z tego miejsca na przełęcz trzeba liczyć 4 godziny forsownego marszu na rympał, najpierw przez łąki, potem gołoborza, wreszcie po nagich skałach. Należy trzymać się lewej strony strumienia, tak jak zaznaczone jest to na mapach.




Końcowe 200 metrów podejścia na Atsuntę jest strome i bardzo męczące, gdyż podchodzi się po łupkach i po każdych dwóch krokach w górę zjeżdża się jeden w dół. Na samej przełęczy nie ma też specjalnie miejsca na załatwienie potrzeby fizjologicznej, a z problemem tym u nas borykała się Pszczoła, która pierwsza wdrapała się na górę i rozwiązała go przechodząc na drugą stronę.



Prawdziwym wyzwaniem było jednak zejście, a w zasadzie zjazd kamienistym żlebem, zawalonym odłupanymi łupkami. Skały są bardzo ostre i przecięły nawet licowaną skórę mojego buta. Każda schodząca osoba pociąga lawinę kamieni, groźną nawet dla tych znajdujących się kilka metrów niżej. My rozwiązaliśmy problem schodząc w 5-10 minutowych odstępach czasu, a pierwsza osoba zjeżdżała w dół starając się spuścić jak najwięcej kamieni, żeby przetrzeć szlak dla innych. UWAGA! NA ATSUNTĘ BEZ SPRZĘTU NIE DA SIĘ PODEJŚĆ OD ZACHODU, albo przynajmniej jest to bardzo trudne. Polecamy asekurację liną, choć nie wiem czy błyskawicznie nie przetarłaby się na ostrych łupkach.





Zmordowani, z pociętymi dłońmi, butami i wysmarowani żwirem zeszliśmy na zachód słońca do miejsca zaznaczonego na mapie linią lasu, gdzie mały strumyk wypływał z topniejącego śniegu i rozbiliśmy w tym malowniczym miejscu obóz, z fantastycznymi widokami na Hpliken (3228 m).




Rano spaliśmy do 10-tej, wynagradzając sobie trudy poprzedniego dnia. Przejście grzbietem Hidotani jest bardzo malownicze, a sam grzbiet podobny do bieszczadzkich połonin, z tą różnicą, że kaukaska połonina ma 2800 m. Na wschodzie widać z niej masywną Tebulosomtę, najwyższy szczyt w okolicy (4492 m). Z grzbietu zeszliśmy starą i bardzo zarośniętą pasterską ścieżką na zachód, ostrymi zakosami schodząc do kilku domów.








Jak się okazało później, dużo lepiej byłoby iść dalej grzbietem, bo elegancka ścieżka, bynajmniej niezarośnięta, schodzi do samego Ardoti. W Ardoti kontakt z cywilizacją – dojechała tam grupa gruzińskiej młodzieży i grała w siatkówkę. Po naszych ekstremalnych przygodach na przełęczy oddalonej zaledwie o dzień drogi, dziwnie się czuliśmy ponownie między ludźmi, którzy ograniczali swoje plany wypoczynkowe do leżenia nad rzeką i ani myśleli iść w góry.




Nocleg i potężna burza złapały nas w Muco, kolejnej wiosce z postrzępionymi wieżami wybudowanymi na postrzępionych skałach. Z dołu przywodzi to na myśl zamek Drakuli z najlepszych horrorów.




Z Muco do Shatili jest tylko 5 godzin marszu. Shatili położone jest zaraz przy granicy z Czeczenią. Dzisiaj wioska jest niezamieszkała, tylko kilka domów powstało bezpośrednio pod nią. Spełniała funkcje obronne przed najazdami od północnych sąsiadów, więc położona jest wysoko nad doliną, ma kamienne mury. Wszystkie domy połączone są korytarzami, drabinami i dachami, więc obrońcy wioski mogli przemieszczać się bezpieczni przed wrogiem. Znakomite miejsce do gry w chowanego.








Mieliśmy bardzo duży problem z wydostaniem się z Shatili. Jeździ tam tylko ciężarówka wojskowa raz na kilka dni. Spotkaliśmy Gruzinów, studentów biologii z Tbilisi, którzy byli w górach na badaniach i od trzech dni czekali na jakikolwiek transport. Szczęście znowu nam pomogło, bo kiedy część z nas robiła pranie, kąpała się w rzece, nagle pojawił się… SAMOCHÓD! Duży terenowy UAZ. Nawet nie próbowaliśmy negocjować ceny, żeby nie utknąć tam na kilka dni.

Kierowca zgodził się nas zabrać do Tbilisi za 15 USD od osoby. Do środka zmieściła się nasza siódemka, czwórka studentów gruzińskich, kierowca i jeszcze jedna kobieta, która siadła na przednim siedzeniu. Samochód był bardzo obciążony nami i plecakami, a ścieśniliśmy się w środku jak sardynki w puszkach. Jeszcze przed zmrokiem wjechaliśmy na przełęcz 2800 m i zaczął się zjazd. Po dwóch godzinach drogi radośnie śpiewaliśmy z Gruzinami piosenki, kiedy nagle wszyscy zamilkli, bo samochód zaczął niebezpiecznie szybko przyśpieszać. Zepsuły się hamulce!

To był zjazd z wysokiej przełęczy: Serpentyna za serpentyną, na piaszczystej i wyboistej drodze. Z prawej strony ściana skalna, a z lewej przepaść. Do dna kanionu jakieś 100-200 metrów lotu. Siedziałem za daleko od drzwi, żeby móc cokolwiek zrobić. Na każdym wyboju mogliśmy wylecieć z trasy, samochód bezwładnie skakał, kierowca cudem zmieścił się w dwóch zakrętach, ale wiedzieliśmy, że ten przed nami jest zbyt ostry i się nie zmieścimy. Że będzie ostatni…

W tym momencie ja i każdy w tym samochodzie wiedział, że za moment zginiemy.

I zdarzył się cud. Nie jestem człowiekiem religijnym, ale to był cud.

Hamulce zadziałały! Gwałtowne szarpnięcie, ostre wejście w zakręt, a za nim się zatrzymaliśmy.

Na gumowych nogach wytoczyliśmy się z pojazdu, a zanim zdążyłem zebrać myśli, Marcin krzyczy do mnie, żebym wyjmował apteczkę. Kobieta, która jechała na przednim siedzeniu, otworzyła drzwi i wyskoczyła z rozpędzonej trumny. Cała zakrwawiona leżała na drodze. Udzieliliśmy jej pierwszej pomocy, miała złamaną rękę i cała poobijana, ale oprócz tego raczej w szoku. Co nie zmienia faktu, że baliśmy się o jej obrażenia wewnętrzne.

Tylko jak znaleźć lekarza? Jesteśmy na górskiej drodze, po której jeździ jeden samochód dziennie, w środku Kaukazu, zasięgu komórki nie ma, nasz samochód nie nadaje się do jazdy. No, tylko nam się tak wydawało, bo nasz kierowca, nadal roztrzęsiony, powiedział że ponieważ hamulce działają, to jedziemy dalej. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie wsiadłby do tego samochodu ponownie. Kierowca nalegał, a kiedy stwierdził, że nie chcemy z nim jechać, zażądał pieniędzy, których nie zamierzaliśmy mu dać, bo nie przejechaliśmy nawet 1/3 trasy.

Wtedy wyciągnął pistolet, a tak przygotowany przystąpił do ponownych negocjacji. Marcin zachował się przytomnie i stanęło na 2/3 pieniędzy, a my pozbyliśmy się agresywnego Gruzina, który faktycznie siadł za kierownicą i pojechał dalej w noc.

Ranną Gruzinkę zabrał drugi samochód, który jechał w drugą stronę. Do dziś nie wiemy, jakim cudem wziął się w tamtym miejscu o tej nocnej porze.

Rozbiliśmy namioty, urżnęliśmy się gruzińską wódką zaoferowaną przez studentów z Tbilisi, i poszliśmy spać. Skoro świt zeszliśmy 10 km do najbliższej wioski, Barisacczo, i złapaliśmy o 8:30 jedyny autobus do Tbilisi. Po drodze nie widzieliśmy nigdzie naszego UAZa w rowie, natomiast wzbudziliśmy zdumienie u jednego Gruzina, którego o 6:30 na górskiej drodze minęła grupka 11 osób z plecakami. Chyba myślał, że to poranny kac.


Popołudniu przekroczyliśmy granicę z Armenią.

Share →

7 Responses to Gruzja 2007 – trekking w Tuszetii

  1. Anonim napisał(a):

    swietne

  2. hania napisał(a):

    Super relacja! Zazdroszczę ekipy!

  3. Sosław napisał(a):

    Update 7.2016

    1. Jeep z Alvani cały czas kosztuje 200 lari. W Telavi przez hotel znaleźliśmy znakomitego, bezpiecznie prowadzącego kierowcę. Teraz można dojechać do Parsmy przy normalnym stanie rzek. A ciężarowym do Girevi.

    2. Dartlo jest teraz nieprzyzwoicie komercyjne, odradzam tam płatny nocleg i jedzenie które jest niesmaczne.

    3. W Cesho trzeba spać u Mamy Eleny – w najwyżej w wiosce położonym hotelu. Mama przygotowuje jedzenie w tradycyjny sposób – nawet masło, daje go bardzo dużo i jest przepyszne. A w samym hotelu pokoje są przyzwoite, łazienki 3 a przy ładnej pogodzie można spać na tarasie z niesamowitym widokiem.

    4. Nie wiem czy 9 lat temu byliście tam pionierskimi turystami ale obecnie dociera tam wiele osób, szczególnie popularna jest turystyka konna. Szlak Omalo – Shatili to bardziej szlak konny niż pieszy. Mijali nas nawet rowerzyści. Oznacza to, że ścieżka jest ewidentna i praktycznie cały bardzo łatwo jest przejść, z jednym zastrzeżeniem. Trudniej jest przekraczać rzeki pieszo, dlatego mogą być z tym duże problemy przy wyższym stanie wody. Raz przekraczaliśmy rzekę konno (10lari od osoby) a raz obchodziliśmy lewym trawersem przed Khone (zły pomysł, powinniśmy zaczekać na konie).

    5. Nie mieliśmy biletów do parku. Rejestracja u pograniczników trwa 25min, żołnierz wypełnia wszystkie druczki. Teraz mają nową stałą siedzibę w dolnej części wioski.

    6. Wejście na przełęcz Atsune jest łatwe. Udeptana ścieżka prowadzi trawersami tak by można na nią wjechać konno.

    7. Na zejściu z przełęczy w stronę zachodnią jest minimalnie stromiej ale szlak również jest przejezdny konno oprócz 1 krótkiego fragmentu gdzie trzeba konia przeprowadzić. Jedyna trudność to szybkie zdobywanie wysokości. Jestem ciekaw czy 9 lat temu nie było cienia szlaku czy chcieliście skrócić zejście stromo schodząc. Co ciekawe szlak przebiega w miejscu w którym idzie Marcin na zdjęciu „Końcowa wspinaczka po sypkich łupkach”. Schodziiście jednak za bardzo na prawo patrząc od dołu. Schodząc z przełęczy powinniście iść w dół i na północ kilkadziesiąt metrów. Teraz ten szlak można pobrać w pliku gpx z wikiloc (Omalo-Shatili) i obejzec np. w Google Earth.

    8. Na Atsune można wchodzić latem bez sprzętu od zachodu! Śnieg topnieje tam zazwyczaj w połowie czerwca i pojawia się na początku października.

    9. Przy dobrym rozplanowaniu można całą trasę przejść na lekko bez namiotów i karimat, tylko ze śpiworem. Jedyny dłuższy odcinek bez schronienia to Szałas pasterski przed Atsuną na około 2700, po drugiej stronie przełęczy punkt pograniczników na ~2600.

    10. Rozbiliśmy obóz w tym samym miejscu za przełęczą! Czy ktoś z was podcierał tam się ruską gazetą?:)

    11. Shatili jest dziś zamieszkałe, i mocno skomercjalizowane. Jest tam ponad 30 domostw zbudowanych wcześniej niż 9lat. Są też 2 pola kempingowe, dzikie i płatne. Obejrzeliśmy kilka miejsc na nocleg, większość jest niewartych swojej ceny. My rozstawiliśmy namiot przed hotelem przy prysznicu, zapłaciliśmy tylko za jedzenie.Gdy wracaliśmy tego dnia odjeżdżały 2 marszrutki, pierwsza o 10ej (faktycznie 10:35) druga o 12ej. Podobno normalnie tylko 3-4 dni w tyg. jeżdżą tam marszrutki. Koszt 20l od osoby do Tbilisi. 24 lipca w niedzielę na drodze było tłoczno. Pewnie dało by się nawet złapać darmowego stopa.

    12. Warto odwiedzić pieszo tą część Gruzji. Przyroda jest tam piękna a zabytki interesujące.

    • Radek napisał(a):

      Cześć Soso, z zainteresowaniem, ale też zdumieniem przeczytaliśmy Twój update. Miejsce, które opisujesz są te same, lecz mamy wrażenie, że odwiedziliśmy je przynajmniej sto lat wcześniej! Niesamowite, jak bardzo cywilizacja potrafiła wkroczyć w Kaukaz przez zaledwie dziewięć lat. Z jednej strony to dobra wiadomość dla tego pięknego regionu. Z drugiej strony, cieszymy się, że odwiedziliśmy Tuszetię jeszcze w czasach analogowych…

  4. Sosław napisał(a):

    13. Rzeka zerwała ścieżkę za Khone, można obejść ten fragment nowo wybudowaną drogą wspinającą się na zbocze. Na drodze znaleźliśmy kryształy górskie, którego najładniejsze kawałki sprzedająteż okoliczne dzieci po 10l za sztukę.

  5. Hubsin napisał(a):

    Cześć,
    Z dużym zainteresowałem przeczytałem Waszą relację jak i komentarze Sosława.
    Mam kilka pytań i prosiłbym o pomoc.
    1. Jak długo trwa podróż z Tbilisi do Omalo?’ Z którego dworca można dostać się do Telavi bądź Alvani? Zależy mi żeby dostać się do Omalo w jeden dzień wyruszając z rana z Tbilisi. Chyba, że da radę jechać jakąś marszrutką z Tbilisi do Telavi bądź Alvani wieczorem ok. godz. 19-20 to jeszcze lepiej, ruszyłbym dzień wcześniej.
    2. Czy jeśli udałoby się dotrzeć do Omalo koło godz. 15-16 jest sensowne ruszyć do Dartlo?
    3. Czy sam trek jest dobrze oznakowany czy trzeba mieć koniecznie mapę (gdzie można kupić te słynne radzieckie mapy?) ? Czy są etapy gdzie ścieżka się „urywa”?
    4. Przy założeniu, że marsdzruty z Shatili nie będzie to jak wygląda kwestia wydostania się stamtąd? Jadę samemu.
    Dzięki za wskazówki 🙂

    • Radek napisał(a):

      Cześć,

      Niestety wygląda na to, że nas wpis z 2007 roku jest już kompletnie nieaktualny… Podczas naszej wizyty do tamtej doliny mało kto (= prawie nikt) tam docierał, dzisiaj jak widać w Dartlo są hotele – nadal wydaje mi się to niewiarygodne! 🙂 Mimo to spróbuję odpowiedzieć na pytania:

      1. W 2007 roku podróż z Alvani do Omalo trwała 3 godziny, w większości po nieutwardzonej drodze (jaki jest stan drogi dzisiaj, nie wiem).

      2. Logistycznie nie ma przeciwwskazań, a z komentarza Sosława wnioskuję, że Omalo nie jest już tak klimatyczne (kiedyś nocleg w tej wiosce był przygodą samą w sobie).

      3. Uściślając, w 2007 roku dostępne były tylko mapy sowieckie z lat 80. w kiepskiej skali 1:100k. Arkusz K-38-15 pokrywał większą część treku: http://maps.vlasenko.net/smtm200/k-38-15.jpg (indeks map znajdzie tu http://maps.vlasenko.net/soviet-military-topographic-map/map200k.html ).

      Zgaduję, że dzisiaj dostępne są bardziej aktualne mapy Tuszetii, choć dla wielu pasm górskich byłego ZSRR to nadal jedyne dostępne mapy…

      4. Nie potrafię odpowiedzieć, za dużo się tam zmieniło (przed wojną wioska była opuszczona…).

      pozdrowienia
      Radek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *