Pobyt w Sofii, Stambule i na czarnomorskim statku był częścią dłuższej podróży – Transbalkanii

foto: Piotr Chachaj & Radek Pawłowicki

Serdecznie dziękujemy firmie GP za nieodpłatne przekazanie nam kilkudziesięciu akumulatorków, niezbędnych w trakcie wyjazdu:


SOFIA

28 lipca

Autobus ze Skopje do Sofii na granicy macedońsko-bułgarskiej pojawił się około 2 w nocy. Dwie godziny później, po odprawie udało mi się wreszcie zasnąć. Ledwo zamknąłem oczy – a już wszyscy zaczęli wysiadać. Rzut oka na zegarek – jest 6:00 – no tak, już pora. Jesteśmy w stolicy Bułgarii.

Staliśmy zaspani pod dworcem kolejowym, kiedy pojawił się uśmiechnięty i wyspany Jasiu – znajomy poznany podczas mojej listopadowej wizyty na LSE w Londynie. Chwilę potem spotkaliśmy po raz trzeci naszego znajomego Australijczyka z Macedonii. Z racji wczesnej pory, dwóch nieprzespanych nocy oraz ogólnego zmęczenia, mieliśmy duże problemy ze sprawnym przeprowadzeniem procesu decyzyjnego. Daruję Wam opowieść o naszych wahaniach, grunt w tym, że 3,5 godziny później, tj. o 9:30 wreszcie mieliśmy w ręku bilety na wieczorny pociąg do Stambułu oraz jakieś 20 zł w lokalnej walucie – lewach – na przeżycie jednego dnia w Bułgarii.

Warto w tym momencie wspomnieć o naszych problemach walutowych. Otóż bułgarski lew był ósmą walutą na naszej trasie czternastego dnia (po polskich złotówkach, słowackich koronach, węgierskich forintach, serbskich dinarach, czarnogórskim i greckim euro, albańskich lekach, macedońskich denarach). Przy każdym przejeździe do następnego kraju musieliśmy dbać o to, żeby wszystko co do grosza wydać i pozbyć się ciężkich monet. Jednocześnie w wielu miejscach robiliśmy wspólne grupowe zakupy, wielokrotnie przeliczając to na euro, dolary, inne wynalazki. Nasza tabelka, kto jest ile komu winien w miarę się sprawdzała, ale tamtego ranka po prostu nie potrafiliśmy wyliczyć, ile w zasadzie jest nam potrzebnych pieniędzy i jak głupi szukaliśmy kantoru z dobrym kursem, żeby zaoszczędzić marną złotówkę na kursie. Ilustracją naszych szalonych rachunków i mętliku w głowie może być to, że korony słowackie i leki albańskie oddawałem Młodemu w… lirach tureckich.

No, ale koniec dygresji. Uzbrojeni w mapę Jasia ruszyliśmy po kawie na podbój Sofii. I muszę przyznać, że trochę się zawiodłem. Słyszałem przedtem bardzo dużo opowieści o pięknie tego miasta, ale wydały mi się przesadzone. Na pewno największe wrażenie robi olbrzymia cerkiew Aleksandra Newskiego, imponujący jest też nowoczesny budynek Narodowego Pałacu Kultury. Centrum to ulice pełne starych kamienic, ale brakuje temu miastu czegoś specjalnego – chociażby dużej rzeki albo bardziej wyrazistej starówki.



Natomiast bardzo podobało się nam sofijskie metro. Za 1,80 zł zjeździliśmy je całe, tj. jedną linię, na której kursują 4 pociągi obsługujące 8 stacji. Metro sofijskie jest więc jeszcze mniejsze od warszawskiego, a wrażenie robi fakt, że pociągi odjeżdżają w godzinach szczytu co około 15 minut. Do tego ostatnia stacja znajduje się już na powierzchni, co też jest chyba ewenementem jeśli chodzi o linie metra budowane przez Sowietów m.in. z myślą o schronach atomowych.

Na stadion Lewskiego Sofia niestety nie udało nam się wejść, a ochroniarz nie mógł nas wpuścić, bo był włączony alarm. Więc z Młodym obejrzeliśmy trybuny tylko przez kraty.

O 18:00 zwarci i gotowi byliśmy na dworcu czekając na pociąg, który miał przyjechać o 19:00 z Belgradu. Niestety, opóźnienie 60-minutowe wzrosło do 110, potem do 150 i wreszcie 180 minut po czasie, o 22:00, nasz Orient-Express do Belgradu odjechał w stronę granicy. Warto zaznaczyć, że po raz czwarty na wyjeździe (i ostatni) spotkaliśmy naszego Australijczyka, który dzień ten spędził 200 km od Sofii i właśnie wrócił do stolicy na nocleg.

ORIENT EXPRESS
28/29 lipca

Bilet na Orient Express kosztował 52 lewa, więc jakieś 100 zł, ale w cenie była kuszetka. Postanowiliśmy też umyć się w identyczny sposób, jak w dniach poprzednich, tj. pod kilkoma butelkami wody. Zabrałem trzy butelki PET, zamknąłem się w malutkiej klitce bez okien o wymiarach 80×80 cm z umywalką, oblałem jedną butlą, namydliłem, wyszorowałem, po czym dwoma butelkami się spłukałem i tym sposobem pierwszy raz wykąpałem się w pociągu pod prysznicem. W ten sposób wykąpał się każdy z naszej piątki, a na korytarzu zrobiła się mała kałuża, bo nie cała woda wleciała do odpływu.

O 5:00 rano zajechaliśmy na granicę bułgarską, gdzie pociąg był odprawiany dwie godziny, po czym przejechaliśmy na 7:00 do Turcji, gdzie spędziliśmy następne 2,5 godziny na podziwianiu pomysłowości Turków. Otóż cały dworzec jest zamykany przez pograniczników, wszyscy muszą wyjść z pociągu i odstać w kolejce do wykupienia znaczka wizowego. Następnie idzie się do innego budynku, gdzie znowu czeka się w kolejce, aż pogranicznik wbije pieczątkę. Wszyscy wracają do pociągu, ale jest małe ‚ale’. Trzeba sprawdzić, czy każdy ma wizę, więc idzie trzecia kontrola, sprawdzająca paszporty.

Czy dziwnym jest więc, że choć pociąg miał przyjechać do Stambułu o 8:25, to dopiero o 9:30 wyjechaliśmy z Kapikule, a do stolicy przyjechaliśmy dopiero o 14:30… Ale przynajmniej mieliśmy okazję zobaczyć wjazd do Stambułu. Już około 12:00 pojawiły się pierwsze zabudowania, a 50-60 km dalej i dwie godziny później byliśmy w ścisłym centrum. To miasto jest absolutnie przeogromne.

STAMBUŁ
29 lipca – 3 sierpnia

Dworzec Istanbul-Sirkeci położony jest w Starym Stambule, prawie nad samym Złotym Rogiem. Po wyjściu z dworca wpada się od razu w tłum ludzi, którzy pędzą przeważnie na pobliską przystań promową. To najważniejszy węzeł komunikacyjny na starym mieście. Mało kto jeździ na stronę azjatycką przez międzykontynentalne Most Bosforski oraz Most Sułtana Fatiha Mehmeda – większość ludzi korzysta z promów odchodzących z Eminönü we wszystkie strony. To niesamowity widok – z każdego terminalu promy kursują co 5-10 minut, a terminali, podobnych do bramek metra jest około 20-30. To przedziwne, że w ogóle nie dochodzi do zderzeń, choć promy mijają się na metry i wcale nie oszczędzają mocy silnika. Jeśli dodamy do tego ruch statków na Bosforze, to cały ten kocioł na wodzie jest jeszcze bardziej nieprawdopodobny.




Dieta opiera się na kebabach. Owszem, jest bardzo dużo atrakcyjnie wyglądających knajp, ale ceny w nich rzędu 10-20 lirów za obiad (20-40 zł) pozwalały nam co najwyżej na oglądanie menu. Skupiliśmy się więc na kebabach. Aż do wyjazdu nie do końca udało nam się rozszyfrować, co oznaczają poszczególne nazwy bułek i mięs. Tavuk, döner, köfte – aż głowa boli od odmian. Jest jednak prosta zasada: kebab z kurczaka w bagietce (popularnego u nas ‚tureckiego chleba’ nigdzie nie widziałem) to około 1,5 lira (3 zł). Kebab w picie (dużo większej niż u nas) jest natomiast dużo lepszy, trochę mniejszy i kosztuje 2 liry (4 zł). Na wieczór kebabiarnie na Eminönü są zamykane, ale obok rozstawiają się sprzedawcy tzw. balik ekmek, czyli bagietki z grillowaną rybą za 3 lira prosto ze Złotego Rogu – w dzień masa ludzi wędkuje z Mostu Galata.










Most Galata to osobna bajka. Kiedyś zaniedbany, prawdziwe straszydło w centrum, teraz jest wyremontowany, a na dole przy samej wodzie wyrosły dziesiątki knajp. Na piwo niestety nie było nas stać (wszechobecny Efes nawet w sklepie kosztuje 2 lira, a w knajpie 4), ale idealnym rozwiązaniem na wieczór jest nargila, czyli fajka wodna ze smakowym tytoniem. Jedna fajka to około 15 lira (30 zł), ale z powodzeniem starcza na 5 osób, bo jest bardzo mocna. Tylko raz, przy smaku różanym nie mogłem jej palić, natomiast naturalna albo czekoladowa – jest absolutnie wspaniała. Prawie codziennie spędzaliśmy chłodne wieczory (25 stopni) w kawiarniach na herbacie jabłkowej oraz nargilach.








Nasz nocleg w Stambule to wspaniały ‚Otel Inci Palais’. Doszliśmy do wniosku, że ‚inci‚ musi oznaczać w takim razie po turecku ‚prawie’ – prawie hotel 🙂 Udało nam się stargować z 20 lira za osobę do 11 lira, czyli jakiś 6 euro. Mimo setek relacji które mówią, że w podrzędnych hotelikach albo na kwaterach można spać za grosze, nam w Sirkeci mimo intensywnego szukania nie udało się zejść poniżej 15 lira. Inci Palais mimo biegających karaluchów był więc dla nas miłym i tanim schronieniem.








Codziennie patrzyliśmy, jak do Stambułu zwalają się autokary pełne turystów, którzy w kilka godzin robili obowiązkowy zestaw Haghia Sophia – Błękitny Meczet – Cysterny (zbiorniki na wodę z czasów Bizancjum) – Wielki Bazar, wszystko oddalone od siebie nie więcej niż kilometr. My mieliśmy okazję dawkować sobie zwiedzanie najważniejszych zabytków (dodaj do powyższej listy Wieżę Galata), i po prostu chłonąć atmosferę miasta: siedząc nad Złotym Rogiem, płynąc do Azji promem, kupując przyprawy i owoce na targach (w tym 12-kg arbuza), wałęsając się po nabrzeżach, zwiedzając nową część Stambułu. No i przejechaliśmy się (do niedawna) najkrótszym metrem świata. Wybudowana przez kupców francuskich podziemna 700-m linia Tünel łączy wysoko położone Beyoglu z okolicami mostu Galata w Karaköy i oszczędza męczącego stromego wejścia na wzgórza. Po niedawnym uruchomieniu nowego metra Stambuł niestety nie posiada już najkrótszego metra na świecie.








Niestety, w Stambule po prawie trzech tygodniach pożegnaliśmy się z Mydlakiem, który poleciał przez Londyn do Polski. Dzień przed naszym wypłynięciem z Turcji pożegnał się też z nami Jasiu, który jechał przez Sofię i Budapeszt, a potem koleją. Z początkowej czwórki zostali więc: Młody, Marek i ja. Za to dołączyli do nas Ola i Robert, którzy przylecieli do Aten, zwiedzili Samos i promem dostali się w okolice Efezu, skąd autobusem dotarli do Stambułu.






Na Krym przedostaliśmy się ukraińskim statkiem-promem m/v Sewastopol-1, który kosztował nas niestety nieprzyzwoite 140 dolarów. Trzeciego sierpnia zaokrętowaliśmy się na naszą krypę w Karaköy, skąd odchodzą wszystkie międzynarodowe promy.

MORZE CZARNE
3-5 sierpnia

Według tego, co twierdził wujek, prom miał odchodzić o 22:00. Według tego, co twierdziła Ukrainka w bardzo dobrze schowanym biurze w okolicach portu – o 19:00. Byliśmy więc na burcie o 17:30, ale prom raczył odbić dopiero o 23:30. Na pożegnanie ze Stambułem przepłynęliśmy jeszcze cały Bosfor, pod dwoma międzykontynentalnymi mostami, i niezliczonymi światłami miasta. I o pierwszej poszliśmy spać.








Prom nasz to był szczególny statek: malutki, niecałe 130 metrów, bardzo wiekowy – 30 lat i z tego co mówiła Ukrainka – był kiedyś statkiem towarowo-badawczym, ale został przerobiony na podrzędny prom pasażerski. Ukraińcy, z których wszyscy mówili po rosyjsku, robili jednak wszystko, żeby mówić o tej łajbie jako o ‚promie’. A więc nie jadaliśmy w malutkiej mesie, tylko w ‚restauracji’, na promie na poziomie maszynowni była też dyskoteka, czyli ‚Disco-Submarina’, w której można było się poczuć się jak w pływającej trumnie. Na szczęście Morze Czarne było wyjątkowo spokojne, więc prom pruł te swoje 10 węzłów, a my trzy razy dziennie meldowaliśmy się na nasze posiłki, biorąc tyle dokładek, ile wlazło do naszych żołądków – żeby maksymalnie wykorzystać ekstremalnie drogi bilet.



Powiem tylko, że na trzeci posiłek na promie, czyli obiad, nie miałem już zupełnie ochoty, a po czwartym, czyli kolacji, musiałem się powstrzymać, żeby nie zwymiotować z przejedzenia. Bilet wykorzystany aż do bólu.

Czytaj dalej: Półwysep Krymski

Informacje praktyczne (2006):

  • Autobusy Sofia-Stambuł to koszt 39 lew; odjeżdżają m.in. 22:00, 23:00 oraz 24:00 i jadą 7 godzin. Pociąg kosztuje 52 lew (nie ma zniżek studenckich), ale jest to cena za kuszetkę. Jest nieprawdą, jakoby pociąg ten ciągnął zwykłe wagony osobowe.
  • Ceny w Stambule: kebab 1,25-2 turki, piwo 2 turki, najtańsze wino 3 turki, nocleg w hotelu 12-20 turków. Przejazd promem do Azji: 1,25 turka. Woda 1,5 litra – 0,60-0,75 turka.
  • Prom Istanbul – Sewastopol: Prom wychodzi w każdy czwartek o 22:00 ze Stambułu i przypływa w sobotę o 8:00 do Sewastopola. Koszt biletu to niestety 140 USD (nie ma taniej, nienegocjowalne), w cenę wliczone są 4 posiłki. Biuro w Stambule, gdzie można kupić bilety, jest bardzo dobrze ukryte. Stojąc frontem do terminalu promowego na Karakoy nalezy iść ulicą w lewo, po około 500 m w lewej strony jest komisariat policji. Obok niego (50 m) na rogu jest biuro sprzedające bilety do Odessy (cena fotela lotniczego – 90 USD). Należy wejść w wąską uliczkę obok tego biura i po dosłownie 20 m wejść do budynku po lewej. Biuro znajduje się na 4 piętrze (niewidocznym z ulicy). Komunikacja wyłącznie po rosyjsku albo turecku.
    W Turcji: +90212 251 09 04 BALIRAIL www.ukrferry.com
    W Sewastopolu: biuro Gess&Co Ltd. (niestety zapodziałem gdzieś numer). Linię obsługuje m/v Sevastopol-1; kiedyś statek badawczy, dzisiaj przerobiony na prom pasażerski.

  • Promy Istanbul – Jałta: Przy nabrzeżu w Stambule stała fera Omega-G do Jalty (byłem bardzo zdziwiony, bo NIGDZIE o niej wcześniej nie słyszałem). Cen nie znam. Na burcie miała małą reklamę i namiary:
    Na Ukrainie: + 380 653 32 3064 ; +380 67 785 6875
    W Turcji: +9 0533 436 11 29; +9 0533 235 18 37 ; +9 0536 456 42 35 ; +9 0532 285 71 63 ; +9 0212 251 51 93.

  • Share →

    One Response to Sofia, Stambuł & Morze Czarne 2006

    1. Sebastian pisze:

      To relacja z 2006 roku, a teraz co z Wami się dzieje? Podróżujecie nadal?

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *