Pytanie pierwsze: i po co?

Dawno dawno temu, pewnego dnia w czasach mojej zamierzchłej podstawówki, do drzwi naszego domu zapukał młody mężczyzna w tanim garniturze. Mężczyzna ten niósł ze sobą w wysłużonej torbie naręcze broszurek religijnych. Drzwi otwarła moja starsza siostra. W czym może pomóc? Z miną znawcy tematu, gość zaczął prezentować kolejne broszurki i gazetki, aż wreszcie postanowił zadać swoje fundamentalne pytanie:
– Co Pani robi, kiedy ma Pani chandrę? Gdzie szukać ulgi, kiedy życie jest pełne problemów? Jak odnaleźć spokój ducha?
Na to moja siostra, ze szczerą sympatią:
– Wie Pan co? Niech Pan sobie przygotuje dobrą pelerynę i kalosze. Polecam wycieczkę na Klimczok z plecakiem, w czasie porządnego deszczu. Najlepiej, żeby jeszcze wiało. Chandra na pewno Panu przejdzie.

Wizyta gościa nie potrwała za długo. Klimczok to nasza ulubiona góra nad doliną Białki, w Beskidzie Śląskim, 1117 mnpm. Nigdy się nie dowiem, czy facet skorzystał z porady. Natomiast jakoś dziwnym trafem, myślałam dużo o tej rozmowie w czasie naszego pierwszego dnia na trekkingu w Kordylierze Huayhuash w Peru.

Teraz, gdybym to ja otwarła drzwi, to poleciłabym zamiast Klimczoka pierwszy dzień treku Huayhuash z Llamaku do Yahuacochy:
1000+ metrów podejścia z 3250 na 4250 mnpm, mój plecak 20kg+ wypakowany kaszkami i tuńczykami (Radka 27kg+), wściekły upał i rycie nosem w ziemi w rzedniejącym powietrzu.
-> Zniknięcie wszelkiej chandry murowane. Jedyne, co zostaje na koniec dnia, to chęć runięcia do śpiwora plus żeby ci ktoś podał dymiący obiad. I herbatę. Gorącą. I tak w każdy z kolejnych 9 do 11 dni. I nawet nie musisz się starać, sam stajesz się bardziej religijny. Patrzysz do góry na przełęcz i jęczysz ‚Jezusss Marrria! Trzeba było nie brać tych cholernych tuńczyków!’.

Przygotowania

Po Gringo Trailu, mieliśmy ochotę na dzikie i puste góry.
Huayhuash ma opinię jednego z ciekawszych i mniej uczęszczanych pasm w Peru. Tradycyjna pętla zajmuje około 10 dni i prowadzi miedzy 3800 a 5000 mnpm. Po drodze praktycznie nie ma wsi, sklepów, lodgy ani żadnych innych miejsc do spania / zaopatrywania się.
Dlatego tez 90% osób decyduje się na agencję podróży i zorganizowaną grupę. Agencje z Huaraz zapewniają przewodnika, kucharzy, pomocników, a przede wszystkim – osły. Osły noszą na grzbietach ładunki +-40kg. Spotkaliśmy grupę <10 osób z USA + Nowej Zelandii + Szwajcarii, która miała do dyspozycji 7 osłów i 2 konie prowadzone przez 3 osoby lokalne (przewodnik, kucharka, poganiacz zwierząt). Ma to ten plus, ze idąc zupełnie na lekko można wybierać warianty tras z większą ekspozycją albo robić dodatkowe wycieczki poza główną pętlę - tzw. side trips. Koszty oczywiście idą w górę. (Jakoś nie mogę zapomnieć, kiedy pierwszego dnia w czasie darcia pod górę minął nas osioł obładowany pustymi butelkami po piwie...) My jednak zdecydowaliśmy się na 10 dni bez przewodników i osłów. Oznaczało to, że sami niesiemy jedzenie na 10 dni i sami odnajdujemy się w terenie z mapą, za to jesteśmy sobie sterem, żeglarzem i okrętem. W ciągu całego trekkingu spotkaliśmy tylko 4 osoby, które zdecydowały się na taki sam wariant jak my. Grup było zdecydowanie więcej – większość też na krótszych dystansach.

Nie żałujemy. Gdybyśmy mieli iść jeszcze raz, zrobilibyśmy dokładnie to samo. Sam Huayhuash jest spektakularny. Dla mnie był to jeden z najtrudniejszych trekkingów do tej pory, obok Kodaru na Syberii.
Dokładne informacje praktyczne: trasa + mapy + koszty + jak zrobić trek samodzielnie zamieszcza Radek na końcu tego wpisu.

Co się mieści w 20kg+ plecaka?

W plecakach zmieściliśmy parę najważniejszych rzeczy, bez których nie moglibyśmy się obejść – większość przywieźliśmy ze sobą z Polski. Chcę o nich napisać, bo pokusa by zabrać minimum na 10 dni jest duża, ale odradzamy takie rozwiązanie:
– Nr 1: namiot, polecamy przystosowany do silnego wiatru i z dobrą wentylacją (skraplanie!). Najwyżej rozbijaliśmy się na 4500 mnpm pod przełęczą Cuyac i tutaj rano mieliśmy na namiocie sporo lodu, a w pozostałe dni rano usuwaliśmy szron ręcznikiem i dość długo czekaliśmy na osuszenie namiotu.
– dobite puchem śpiwory + worki trekmates do środka śpiwora – dają dodatkową warstwę ciepła (Pszczoła, dzięki że kiedyś pokazałaś nam ten dobry patent!)
– garnki, kuchenka benzynowa (gasolina jest dostępna wszędzie i tańsza niż naboje gazowe; Witek i Gosia – dzięki, zestaw garnków od Was jest niezniszczalny)
– ciepłe ciuchy, czapki, rękawiczki (w razie czego można kupić w Huaraz)
– czołówka + baterie
– dla mnie osobiście najważniejsze: kijki trekkingowe na strome podejścia/zejścia i przekraczanie strumieni (bezwzględnie!) plus opaski stabilizujące na kolana, chroniące stawy przed obciążeniami i przy okazji, przed wiatrem.

To wszystko zajmowało jeszcze w miarę mało miejsca, w przeciwieństwie do jedzenia na 10 dni. Codziennie na podejściu pod przełęcz miałam ochotę coś wyrzucić z plecaka, ale… każda rzecz była potrzebna! Nie jesteśmy tutaj tak ortodoksyjni jak nasz przyjaciel Jaco, który jak legenda głosi, za czasów swoich podroży po Ameryce Południowej przecinał szczoteczkę do zębów na pół.

Plato del Dia

Co dziś na obiad? To temat priorytetowy na każdym treku.
Zakupy jedzeniowe na Huayhuash postanowiliśmy zrobić jeszcze w supermarkecie w Limie, ale każdy fan kaszek dla dzieci bez problemu zaopatrzy się też w Huaraz.

Na nasze dzienne menu składało się:
– kawa 3w1
– kaszka dla dzieci + quinoa + rodzynki / migdały / granola (quinoa w Peru jest dostępna wszędzie i jest równie powszechna jak kasza jęczmienna w Polsce)
– przegryzki: batony, czekolada, chorizo / ser
i kulminacja dnia:
– zupa z proszku (w tym sezonie polecamy smak fuchifu i zapallo)
– puree z ziemniaków + sos pomidorowy + tuńczyk / kurczak z puszki
– herbata – gorąca i dużo!

O co chodzi z kaszką na trekkingach? Jest słodka i kaloryczna, dostarcza węglowodanów na cały dzień, a przy tym mało waży, zajmuje niewiele miejsca w plecaku i wymaga jedynie dodania wody. To prawda, po kilku dniach nie da się już na nią patrzeć, ale o ile mi wiadomo, nie ma lepszego produktu śniadaniowego w górach, spełniającego te wszystkie warunki. Kupując kaszkę na trekking należy zwrócić uwagę, czy już zawiera mleko w proszku i cukier. Jeśli ktoś chce kaszkę na mleku sojowym, ryżowym albo bezglutenową – nie ma problemu, nawet tu w Peru takie wyrafinowane produkty są dostępne. Następnie, polecamy wcześniejsze podzielenie kaszki na porcje z wszystkim, na co macie ochotę (bakalie, owsianka, granola…). Nasz sprawdzony patent to n-gotowych ziploków. Później liczy się każda minuta, kiedy nie trzeba operować zgrabiałymi rękami na mrozie tuż po wyjściu ze śpiwora. No, może przesadzam, ale kiedy jest zimno – to naprawdę działa.

Gdyby kiedyś powstała książka kucharska Trampa, to pewnie nie wygrałaby z Jaimie Oliverem ani z Makłowiczem. Zasadniczo, wszystko do czego można dolać gorącej wody z kuchenki, zamieszać i nie waży dużo, nadaje się!

Wyznanie: w supermarkecie w Miraflores większość produktów była importowanych. Czwartego dnia zrobiliśmy sobie balangę: Na śniadanie było świetne węgierskie salami i arabskie chlebki zamiast kaszki. A potem – powrót do quinoy o smaku czekoladowym. Brrr…

Kończąc temat jedzenia – na treku liczy się każdy gram. Dlatego kiedy się pytamy, jaką zupę dzisiaj zjemy, odpowiedź brzmi: tą, co waży 80 gramów. Tą, co waży 65 gramów, zostawiamy na później.

Migawki z ludźmi
Chcę wspomnieć o ludziach (i ich zwierzętach), których na dobre zapamiętamy po pętli wokół Huayhuash:

#1 Pasterz, który na środku niczego czytał książkę w trawie, a na plecach siedział mu pies. Zapytaliśmy, co czyta, okazało się, że… kodeks karny. We wsi nie ma sądu, a on pomaga rozwiązać jakąś trudną sprawę.

#2 Stara kobieta, która pilnowała stada owiec na +-4000 mnpm i jej cztery kudłate psy. Pytaliśmy ją, jak się miewa, a ona poprosiła o lekarstwa, mówiła że jest chora, kaszle, boli ją głowa i gardło. Ostentacyjnie zaczęła przed nami pluć. Dostała od nas sumamed, naproxen i paracetamol z Polski, a potem zastanawialiśmy się, czy aby rzeczywiście jej pomogliśmy.

#3 Doglądacz campamento 9. dnia, nad wsią Huayallapa i jego trzy psy. Podczas gdy pan obchodził pole namiotowe, jego wychudzone psy skutecznie wybłagały u nas jedzenie. Nasypaliśmy im resztę kaszki o smaku jabłkowym na kamienie, jedyne co nam zostało. Przez następne dwie godziny, psy lizały kamienie jak szalone, a mokra kaszka przyklejała im się do pysków, więc wysuwały języki jak warany żeby ją zlizać. Na te dwie godziny zyskaliśmy niewątpliwie trójkę nowych, oddanych przyjaciół.

#4 Opiekun osłów i pomocnik kucharza w międzynarodowej grupie – Eulalio. Indianin o orlim nosie i w zamszowym kapeluszu. Z zainteresowaniem pytał, ile mamy lat i gdzie pracujemy. Powiedział nam, że pracując z grupami zarabia nieźle, ale i tak ciężko mu utrzymać rodzinę.

#5 Miły Metys z Limy, który wziął nas na stopa ciężarówką z Conocochy do Chiquian. Narzekał na rządy w Peru i wypytywał nas o Polskę. Czy jest dużo pracy? Jak się żyje? Aha, więc nie macie tam euro?

#6 Oszust w Huaraz. Najpierw z jakimś kolegą wrył się nam do taksówki z dworca do hostelu. Kiedy mu powiedziałam, że dorzuca się do taksówki, wysiadł. Potem twierdził, że pracuje w naszym hostelu i chciał nam sprzedać benzynę na trekking. Kiedy się okazało, że to wszystko kłamstwa, a on chciał uporczywie ubić z nami tzw. interes, przećwiczyłam na nim mój hiszpański z Sucre. Okazuje się, że to nie takie trudne, powiedzieć po hiszpańsku “to nieprawda” oraz “do widzenia, wszystko skończone”.

#7 …różne inne osoby, przeważnie Indianie z lokalnych wiosek, przyzwyczajeni do gringos i bardzo uprzejmi, ale jednak podchodzący do nas rezerwą, jak to do ludzi z innej planety…

A teraz obiecane informacje praktyczne od Radka

Przewodnik i mapy
Najlepszym przewodnikiem jest nieoceniona książka Lonely Planet: Trekking in Central Andes (Rob Rachowiecki). Niestety pierwsze i jak do tej pory ostatnie wydanie pochodzi z 2003 roku, wydawnictwo jest obecnie trudno osiągalne, a tym bardziej w Polsce. Jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami tej książki i jeśli ktoś z Was potrzebowałby kopii rozdziału, możemy podesłać skan z opisem treku.

Najlepsza mapa topograficzna Cordilliera Huyahuash to mapa 0/3c Alpenvereinskarte Cordilliera Huyahuash (Peru) w skali 1:50 000, na podstawie mapowania z 2005 roku. Można ją dostać tylko w Huaraz, w Casa del Guia (Dom Przewodników Górskich), w cenie 85 soli (prawie 100 zł). Mapa niestety nie jest wolna od błędów. Zwracam uwagę, że nie należy mylić mapy 0/3c z mapami 0/3a (Cordilliera Blanca Nord 1:100 000) oraz 0/3b (Cordilliera Blanca Sud 1:100 000)!

Dojazd na trekking
Najlepszym punktem startowym jest wioska Llamac (140 km od Huaraz). Z Huaraz do Llamac jest tylko jedno połączenie dziennie, autobus Turismo Nazario odjeżdżający o 5:00 rano (przyjazd do Llamac około 10:00).

Jeśli nie czujecie się na siłach wstawać o 4:00 rano, możecie pierwszego dnia tak jak my dotrzeć do wioski Chiquian (gdzie kończy się asfalt), oddalonej o 110 km od Huaraz. Do Chiquian z Huaraz odjeżdża bezpośredni autobus o 14:00 (15 soli). Alternatywnie, można dotrzeć do Chiquian busami, stopem oraz taxi collectivo:
– Huaraz – Carac 3.50 sola, 45 minut, bus
– Carac – Conococha 5 soli, 40 minut, collectivo
– Conococha – Chiquian 6 soli, 40 minut, collectivo
Problem w tym, że wąskim gardłem jest ostatni odcinek, czyli autobus z Chiquian do Llamac. Można złapać do Llamac tylko autobus jadący z Huaraz do Llamac, który przejeżdża przez Chiquian około 7:00 – 7:30.

Ponieważ podejście pierwszego dnia z Llamac na przełęcz 4250 m jest bardzo wymagające, to dotarcie na spokojnie i wyspanie się w przyzwoitym i tanim hoteliku w Chiquian to dobry pomysł.

Opłaty za trekking
Społeczności pasterskie żyjące na zboczach Cordilliera Huyahuash od kilku lat pobierają od turystów opłaty za wstęp do „swoich” dolin. Opłaty są pobierane zwykle o poranku w miejscach wyznaczonych do biwakowania (tzw campamentos). W 2015 roku suma opłat na osobę była dość znaczna i wynosiła według Casa del Guia w Huaraz 250 soli (około 300 zł).

Według przewodnika Lonely Planet z informacjami z 2013 roku suma opłat wynosiła 165 soli – wzrost cen jest dość spory – warto więc przed wyjazdem z Huaraz zasięgnąć informacji w Casa del Guia i wyciągnąć potrzebną ilość soli z ostatniego bankomatu.

Warto zwrócić uwagę, że w Cordilliera Huyahuash namiot można rozbijać wszędzie na trasie, nie tylko w miejscach wyznaczonych dla grup zorganizowanych. Nocując w „nietradycyjnych” miejscach zupełnie przypadkowo, uniknęliśmy uiszczenia części opłat. Zapłaciliśmy w sumie 145 soli na osobę:
– 20 soli w Llamac
– 40 soli w Jirishanca
– 25 soli w Quishuarcancha
– 20 soli w Huyahuash
– 40 soli w Huayllapa

Nasze odczucia co do opłat są mieszane. Z jednej strony przyczyniają się do budowy prostej infrastruktury (wychodki przy campamentos, pojedyncze kosze na śmieci, wywóz śmieci na osłach). Opłaty znacząco poprawiają bezpieczeństwo w górach, bowiem miejscowa ludność czuje, że korzysta na obecności turystów. Napaści na turystów nie zdarzają się, co przykładowo w Boliwii nie jest standardem.

Z drugiej strony suma opłat zbliża się już do astronomicznych 100 USD za osobę. Mieliśmy wrażenie, że społeczności z różnych dolin prześcigają się w podnoszeniu opłat i wyciskaniu z turystów ile się da. Irytujące jest, że w tak dzikich górach codziennie trzeba myśleć o wyjmowaniu portfela. Jednorazowa duża opłata (np. 100 USD pobierane w Llamac) oraz rozdzielana proporcjonalnie między społeczności byłaby według nas lepszym systemem.

Wreszcie warto zauważyć, że różne doliny różnie podchodzą do opieki nad turystami. W wiosce Huayhuash z przyjemnością zapłaciliśmy 20 soli, ponieważ obszar do rozbijania namiotów był wysprzątany, wychodki czyste, oraz umożliwiano nam zostawienie śmieci. Z kolei Quishuarcancha za 25 soli oferowała możliwość rozbicia namiotu na zaśmieconym i ohydnym polu namiotowym. Tamtejsi pasterze koncentrowali się tylko na pobraniu haraczu.

Powrót z trekkingu
Bezpośredni autobus z Llamac do Huaraz odjeżdża o 11:00 rano (Turizmo Nazario).

Można też skończyć trekking w Pacllon, skąd jedyny autobus do Chiquian odjeżdża o 4:30 rano. W Pacllon nie ma hosteli, ale za 15 soli można przenocować w bardziej niż podstawowym dawnym schronisku dla budowniczych drogi (prycza + kran z woda). Kończąc trekking w Pacllon, skazanym jest się na powrót 5-odcinkowy Pacllon – Chiquian – Conococha – Carac – Huaraz (przyjazd około 11:00).

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć dzień po dniu

Autostop do Chuquian z panem Manuelem wiozącym betonowe elementy amfiteatru.

Autostop do Chuquian z panem Manuelem wiozącym betonowe elementy amfiteatru.

Pierwszy widok na Cordilliera Huayhuash, w dole miasteczko Chiquian.

Pierwszy widok na Cordilliera Huayhuash, w dole miasteczko Chiquian.

Dzień pierwszy. Bogna i Radek na pace ciężarówki z Chiquian do Llamac.

Dzień pierwszy. Bogna i Radek na pace ciężarówki z Chiquian do Llamac.

Nocleg dnia pierwszego, niedaleko Laguna Yahuacocha (4100 m). Widok na Yerupaja (6634 m)

Nocleg dnia pierwszego, niedaleko Laguna Yahuacocha (4100 m). Widok na Yerupaja (6634 m)

Początek dnia drugiego, dolina Rio Achin

Początek dnia drugiego, dolina Rio Achin

Widok na lodowce Yerupaja oraz Rasac z podejścia na przełęcz Sambunya (4750 m)

Widok na lodowce Yerupaja oraz Rasac z podejścia na przełęcz Sambunya (4750 m)

Bogna na podejściu na przełęcz Sambunya (4750 m)

Bogna na podejściu na przełęcz Sambunya (4750 m)

Widok z przełęczy Sambunya (4750 m) w kierunku Matacancha.

Widok z przełęczy Sambunya (4750 m) w kierunku Matacancha.

Dzień trzeci, poranek w dolinie potoku Rondoy. Nasz namiot zainteresował lokalne krowy.

Dzień trzeci, poranek w dolinie potoku Rondoy. Nasz namiot zainteresował lokalne krowy.

Konkurs: znajdź Bognę! (trzeci dzień, trzecia trudna przełęcz. Końcówka podejścia na Paso Cacananpunta 4700 m)

Konkurs: znajdź Bognę! (trzeci dzień, trzecia trudna przełęcz. Końcówka podejścia na Paso Cacananpunta 4700 m)

Jedyny pomnik na całej trasie Cordilliera Huayhuash...

Jedyny pomnik na całej trasie Cordilliera Huayhuash…

Selfie. Szczęśliwa, bo przełęcz za nami a za godzinę Plato del Dia!

Selfie. Szczęśliwa, bo przełęcz za nami a za godzinę Plato del Dia!

Na zejściu z Paso Cacananpunta do Janca.

Na zejściu z Paso Cacananpunta do Janca.

Pastwiska w dolinie rzeki Machaycancha

Pastwiska w dolinie rzeki Machaycancha

Koniec dnia trzeciego. Dotarliśmy do Janca, w tle  Jirishanca (6094 m)

Koniec dnia trzeciego. Dotarliśmy do Janca, w tle Jirishanca (6094 m)

Plato del Dia w trakcie przygotowywania.

Plato del Dia w trakcie przygotowywania.

Dzień czwarty. Stado osłów obległo namiot i rozszarpało worek ze śmieciami.

Dzień czwarty. Stado oslow obległo namiot i rozszarpało worek ze śmieciami.

Dzień czwarty, czyli czwarta przełęcz (Carhuac, 4650 m)

Dzień czwarty, czyli czwarta przełęcz (Carhuac, 4650 m)

Na przełęczy Carhuac.

Na przełęczy Carhuac.

Pojedynek kto szybciej odwróci wzrok.

Pojedynek kto szybciej odwróci wzrok.

Owce teleportowane niczym ze Szkocji.

Owce teleportowane niczym ze Szkocji.

Koniec dnia czwartego, widok na Yerupaje oraz Lagune Carhuacocha.

Koniec dnia czwartego, widok na Yerupaję oraz Lagunę Carhuacocha.

Nocleg nad Laguna Carhuacocha

Nocleg nad Laguną Carhuacocha

Dzień piaty, podejście na Paso Portuachelo (4600 m). Bogna idzie po oryginalnym odcinku drogi inkaskiej.

Dzień piąty, podejście na Paso Portuachelo (4600 m). Bogna idzie po oryginalnym odcinku drogi inkaskiej.

Paso Portachuelo (4600 m)

Paso Portachuelo (4600 m)

Laguna Atocshaico (4600 m)

Laguna Atocshaico (4600 m)

Laguna Carnicero

Laguna Carnicero

Torfowiska obok Laguna Carnicero.

Torfowiska obok Laguna Carnicero.

Widok na trasę alternatywną dnia piątego oraz paso 4800 m.

Widok na trasę alternatywną dnia piątego oraz paso 4800 m.

Dzień szósty, szósta przełęcz. W drodze z wioski Huayhuash na Paso Portachuelo (4750 m)

Dzień szósty, szósta przełęcz. W drodze z wioski Huayhuash na Paso Portachuelo (4750 m)

Jezioro zaporowe Laguna Viconga

Jezioro zaporowe Laguna Viconga

Widok na szczyt Cuyoc (5550 m). Przełęcz o tej samej nazwie i wysokości 5000 m schowana jest z lewej strony.

Widok na szczyt Cuyoc (5550 m). Przełęcz o tej samej nazwie i wysokości 5000 m schowana jest z lewej strony.

Wędrówka wzdłuż kanału retencyjnego na 4400 m obok jeziora Viconga.

Wędrówka wzdłuż kanału retencyjnego na 4400 m obok jeziora Viconga.

Przygotowania do najzimniejszego noclegu pod Paso Cuyoc, na 4500 m.

Przygotowania do najzimniejszego noclegu pod Paso Cuyoc, na 4500 m.

Najwyższy punkt na trekkingu, Punta Cuyoc (5000 m)

Najwyższy punkt na trekkingu, Punta Cuyoc (5000 m)

Roślina o nazwie "język-język", która rośnie tylko powyżej 4600 m.

Roślina o nazwie „język-język”, która rośnie tylko powyżej 4600 m.

Masywne lodowce spadające z Cuyoc (5550 m)

Masywne lodowce spadające z Cuyoc (5550 m)

Zejście z Paso Cuyoc do doliny Quebrada Guyanacpatay.

Zejście z Paso Cuyoc do doliny Quebrada Guyanacpatay.

Kaktusy.

Kaktusy.

Portret owcy.

Portret owcy.

Widok na Cuyoc oraz Puscanturpa (5442 m)

Widok na Cuyoc oraz Puscanturpa (5442 m)

Ósmy dzień. Owczy pęd.

Ósmy dzień. Owczy pęd.

Zejście do doliny Rio Calinca w kierunku Huayllapa.

Zejście do doliny Rio Calinca w kierunku Huayllapa.

Jaki koń jest każdy widzi.

Jaki koń jest każdy widzi.

Cywilizacja w postaci wioski Huyallapa (3450 m), jedyna wioska na trasie. Mieszka tu około 400 osób.

Cywilizacja w postaci wioski Huyallapa (3450 m), jedyna wioska na trasie. Mieszka tu około 400 osób.

Wieczór dnia ósmego. Nocleg w campamento nad Huyallapa.

Wieczór dnia ósmego. Nocleg w campamento nad Huyallapa.

Ki diabeł?

Ki diabeł?

Ten pies uzależnił się od kaszki o smaku czekoladowym.

Ten pies uzależnił się od kaszki o smaku czekoladowym.

Dzień dziewiąty. Pies-kaszkojad przyprowadził kolegę.

Dzień dziewiąty. Pies-kaszkojad przyprowadził kolegę.

Drugi kaszkojad. Mamy nowych przyjaciół!

Drugi kaszkojad. Mamy nowych przyjaciół!

W okolicy Laguna Susococha.

W okolicy Laguna Susococha.

Dzień dziewiąty i retrospektywne spojrzenie na trasę dnia pierwszego. Powoli zamykamy pętlę.

Dzień dziewiąty i retrospektywne spojrzenie na trasę dnia pierwszego. Powoli zamykamy pętlę.

Osioł rodem ze Shreka.

Osioł rodem ze Shreka.

Dzień dziewiąty, schodzimy do strefy kaktusów. Czas na zmianę klimatu!

Dzień dziewiąty, schodzimy do strefy kaktusów. Czas na zmianę klimatu!

Tagged with →  
Share →

8 Responses to Cordilliera Huayhuash nie tylko dla osłów

  1. Pawel N napisał(a):

    Jaca przycieta szczoteczka to wcale nie legenda. Super sie czyta ta Wasza relacje! Gratuluje wytrwalosci w „nie jestesmy tu dla wlasnej przyjemnosci”;)

    • Jaco napisał(a):

      Legenda legendą, ale szczoteczka faktycznie istniała 🙂 Jeśli podążacie w dół Amazonki do Manaus, miejcie się na baczność – w weekend w ramach porachunków gangsterskich zginęło tam 38 osób.

  2. jasiu napisał(a):

    Bogna i Radek, jesli byscie chcieli wydac książkę to ja chce miec w niej udziały…. zdjecia tez niczego sobie – Andy prawie tak imponujace jak Tatry 🙂 Podziwiam Wasz upór w utrudnianiu sobie zycia i szukaniu sciezek poza szlakami! Keep on going. Keep on writing. Pzdr z Sankt Petersburga.

  3. mt20864 napisał(a):

    Zdjecia powalajace!
    I widze ze moze odcieci od cywilizacji ale Bogna nawet kolor opasek na kolana ma dopasowany do spodenek – tak jest! Elagancja w kazdym momencie 🙂

  4. Iza napisał(a):

    Bogna,
    szacun za noszenie tego plecaka! Podziwiam najbardziej!

  5. michu2233 napisał(a):

    Hej,

    czy Waszym zdaniem da się zrobić bezpiecznie tę trasę w pojedynkę i trochę szybciej np. w 8 dni? Czy w razie potrzeby jest możliwość rozbicia namiotu na dziko?

    Pozdrawiam!

    • Radek napisał(a):

      Cześć, przepraszamy za późną odpowiedź 🙂 W pojedynkę – tak, bez problemu, lecz oczywiście warto mieć ze sobą telefon satelitarny albo SPOTa na wypadek uniemożliwiającej chodzenie kontuzji. Zrobienie całej pętli w 8 dni jest również możliwe, lecz wymaga dobrej aklimatyzacji i/lub nocowania w wyżej położonych miejscach. Ewentualnie możesz rozważyć skrócenie pętli o 2 dni (bez domykania jej) i zamiast startu z Llamac rozpocząć wędrówkę z pola namiotowego pod Paso Cacananpunta (30 km dalej drogą z Llamac) – tak robi większość grup zorganizowanych. Wreszcie – tak można rozbijać namiot na dziko, my w większości rozbijaliśmy się na dziko.

  6. BeCuriousAboutTheWorld napisał(a):

    Cześć.
    Po latach gadania sami zabraliśmy się za pisanie bloga i wreszcie urobiliśmy jakiś tekst o przejściu Huayhuash Circuit. Już kończąc pisanie chcieliśmy jeszcze coś sprawdzić i ….znalazłem Wasz wpis 🙂
    Gratulujemy zatem przejścia tego pięknego treku i fajnego artykułu. Z dat wynika że byliśmy w podobnym czasie – my w czerwcu 2015r.
    Pozdrawiamy,
    Asia i Marcin
    http://becuriousabouttheworld.com/pl/huayhuash-circuit/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *