Powrót do strony głównej
Z tego wyjazdu rzucamy slajdy
Gruzja 2007
część wyjazdu na Zakaukazie i do Syrii

tekst: Radek Pawłowicki
zdjęcia: Paweł Nowakowski, Radek Pawłowicki

Czytaj też: poprzednia część




Rano pociąg zatrzymał się na granicy w Gardabani. Pogranicznicy pracowali powolnie, nigdzie im się nie spieszyło. Wypełniliśmy wjazdową deklarację celną, całą w makaronie, czyli gruzińskim alfabecie, i czekaliśmy cierpliwie przed wagonem. O dziwo, miejscowi po odprawie od razu zabrali rzeczy i gremialnie ruszyli do marszrutek i taksówek do Tbilisi, oddalonego o jakieś 60 km. Stwierdziliśmy, że ponieważ odprawa ma się ku końcowi, to niedługo odjedziemy z granicy, więc nie będziemy przepłacać i zaczekamy. Niestety, na tym przejściu granicznym nikomu się nie spieszyło. Wyjechaliśmy dopiero około 11:00, po pięciu godzinach spędzonych bezproduktywnie na siedzeniu przed wagonem i oglądaniu zapchlonych i wychudzonych kundli, które włóczyły się po chodniku licząc na jedzenie od podróżnych.

Gruzja powitała nas nie tylko okropnie zasyfionym kiblem na dworcu w Gardabani, ale także nieszczególnym dworcem w stolicy. Rozkruszone betonowe perony, poodrywany tynk, ciemne przejścia umazane graffiti. Zwykle w krajach byłego bloku sowieckiego dworce są wizytówkami miasta, pilnie strzeżonymi, tak też było w Azerbejdżanie. W Gruzji jak widać jest inaczej.

Na nocleg wybraliśmy Bus Station Hotel, który jak sama nazwa wskazuje znajduje się na dworcu autobusowym - Ortachala - jednym z trzech głównych w stolicy. Ortachala ma czasy świetności za sobą, kręcą się wokół niej podejrzane typy, hala jest zapuszczona i niemyta od ćwierćwiecza, i w zasadzie opuszczona, a w środku tego smutnego miejsca, w ciemnym korytarzu za rozwalonymi drzwiami znajduje się hotel. Jego jedyną zaletą jest cena - 7 USD za osobę za noc (w Tbilisi trudno o nocleg tańszy niż 15 USD nawet na kwaterze). Pokój klasy lux składa się z drzwi z zepsutym zamkiem, który wisi w nich na słowo honoru; z łóżka z zawszonym materacem; z wystroju godna uwagi jest różowa szmata zawieszona na ścianie (robiąca za gobelin?) w celach dekoracyjnych, oprócz niej ściany to goły beton, nieotynkowany; w wyposażeniu pokoju także śmieci zalegające pod łóżkiem, niesprzątnięte po poprzednich lokatorach. Mi do gustu szczególnie przypadł bliski zawalenia sufit w 'łazience' oraz gustowna dziura w ścianie pod zlewem. Jak się okazało, nie było co narzekać, bo w hotelu były też pokoje bez okien, oczywiście tańsze, za jedyne 5 USD.

Na zwiedzenie najciekawszych miejsc Tbilisi potrzebowaliśmy dwóch dni. Obowiązkowe miejsca to plac Wolności, aleja Rustawelego, kilka cerkwi, twierdza, łaźnie. Warto zejść z głównych ulic i powałęsać się po bocznych alejkach, często obsadzonych drzewami, bardziej zapuszczonych, ze zniszczonymi fasadami, ale więcej mówiących o historii miasta niż Aleja Rustawelego z McDonaldsem i innymi zagranicznymi szyldami.

Trzeciego dnia spakowaliśmy plecaki i podmiejską marszrutką pojechaliśmy do Mcschety, ważnego ośrodka religijnego dla Gruzinów, zaledwie 30 minut drogi od zachodniego dworca. Głównym miejscem wartym odwiedzenia w miasteczku jest katedra, jedna z największych cerkwi w Gruzji. Dużo większe wrażenie robi jednak cerkiew Św. Jvari, którą łatwo wypatrzyć na szczycie góry. Dojazd niestety nie jest taki łatwy - to 8 km, a nie da się podejść piechotą, bo zanim zacznie się wspinać, trzeba przekroczyć trzeba dwie rzeki. My w celach oszczędnościowych zdecydowaliśmy się na negocjacje cenowe z kierowcą Wołgi. Wołga jak wiadomo jest samochodem o dużej pojemności - i faktycznie - zabrała całą naszą siódemkę. Nasze dziadowanie nie wyszło nam jednak na dobre, bo w połowie drogi złapaliśmy gumę. Nawet szczególnie nie zdziwiło to naszego leciwego kierowcy, bo opony w trzydziestoletnim przerdzewiałym gruchocie już dawno zapomniały, co to takiego bieżnik. Gorsze było to, że i lewarek pamiętał czasy Stalina i był nieskładalny, więc skończyło się tym, że musieliśmy samochód rozbujać, żeby wrzucić go na rozłożony lewarek. Godzinę później niż planowaliśmy dotarliśmy więc do ładnej cerkiewki, w której właśnie odbywał się ślub. Cerkiew jak cerkiew, ale dużo ciekawszy był widok ze szczytu góry na łączące się zielone rzeki i drogę poniżej. Po zjeździe z powrotem do miasteczka udaliśmy się na pyszne lobio, czyli potrawę z mielonej fasoli, i poszliśmy na dworzec, skąd chcieliśmy złapać elektriczkę do Gori.

Przygoda z kolejami gruzińskimi to osobna historia. Na dworzec wtoczył się zielony obdrapany pociąg. Wypakowany ludźmi po brzegi, bo pociągi są dużo tańsze niż autobusy, a przejazd przez pół kraju kosztuje zaledwie 1 lari (~1,7 zł). Było popołudnie, więc z Tbilisi wracało sporo handlarzy. I tak pociąg osobowy był w zasadzie towarowym, każdy z podróżnych jechał z przynajmniej trzema walizkami, skrzyniami, tobołami, pustymi kratami po oranżadzie itd. Brak okien w wielu miejscach w pociągu także miał swoje uzasadnienie - przez okna wyładowywano bagaż. W pociągu kwitł też handel obnośny, tj. handlarze pociągowi sprzedawali swoje barachło handlarzom wracającym z Tbilisi. Żeby zrobić zakupy w Gruzji nie trzeba iść do sklepu, wystarczy wsiąść do pociągu. Piwo, pieczywo, słodycze, lody (!), zeszyty, ołówki, buty - do wyboru, do koloru!

Wysiedliśmy w Gori - rodzinnym mieście Stalina. Przy dworcu zamknięta jakaś fabryka, po głównej ulicy łażą krowy - smutny obraz. Gruzin poznany w pociągu zaprowadził nas m.in. do remizy strażackiej, gdzie jak się poprosi można przenocować za darmo pod dachem, ale to opcja dla bankrutów, bo do dyspozycji jest zakurzone pomieszczenie w na wpół opuszczonym budynku bez prądu. Jako że Bogna była chora, a i nie byliśmy wyłącznie w męskim towarzystwie, zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu Intourist przy ulicy Stalina. W byłym ZSRR Intouristy należały do hoteli najwyższej klasy, przeznaczonych specjalnie dla cudzoziemców. Ten w Gori w 2007 roku dogorywał. Ma przestronny i przytłaczający wielkością hol, na górze eleganckie fotele i dwa czyste (ale nic ponadto) pokoje dostępne dla gości. Ale w korytarzu obok za zasłonką odsłaniało się inne oblicze Intourista - zakurzony, betonowy korytarz, zdewastowana wykładzina. Podobnie na wyższych piętrach. Chluba ZSRR jest w 90% zamknięta, a my byliśmy jedynymi gośćmi. Na szczęście dla polskich studentów można się za to wyspać tanio: płaciliśmy za 4 osoby śpiąc w 7.

Zaraz obok Intourista w Gori znajduje się Muzeum Stalina. Niestety od 2007 roku wejście i oprowadzenie z przewodnikiem kosztuje aż 15 lari (~28 zł!), co jest zdzierstwem nastawionym na turystów zagranicznych, bo tubylcy płacą 1 lari (1,70 zł). W środku byli Ada, Marcin i Paweł, którzy zgodnie orzekli, że jeśli w ogóle wchodzić, to tylko z przewodnikiem. W środku są zdjęcia, pamiątki (m.in. podarunek z wałbrzyskiej fabryki), biurko Stalina itd. Przed muzeum (na szczęście za darmo) stoi pomnik, no i domek, w którym Stalin mieszkał przez około 4 miesiące, gdy był w wieku szczenięcym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby domek nie był przykryty betonową konstrukcją ze stylowymi kolumnami, która to schroni ten domek przed zniszczeniem od deszczu i śniegu...

Po zwiedzeniu Gori wsiedliśmy w marszrutkę do Uplistscyche, skalnego miasta położonego około 10 km dalej (wejście 5 lari). Miasto powstało tam w starożytności, na przecięciu szlaków handlowych, i mieszkało tam 20.000 osób. Skorzystaliśmy z usług lokalnego przewodnika (10 lari za grupę - warto - inaczej to tylko spacer wśród kamieni), który wskazał nam, która dziura służyła jako kanalizacja, gdzie była szkoła, zakłady rzemieślnicze itd. Główną atrakcją była jednak gruzińska telewizja IMEDI, której dziennikarka zaczepiła nas i poprosiła o wypowiedź na temat "Czy w tym miejscu jest czysto i co sądzisz o czystości w Gruzji" - w związku ze Światowym Dniem Czystości (?). Cała nasza szóstka (Bogna leżała chora w hotelu w Gori) zgodnie odpowiadała, że jest czysto i nie ma nic do zarzucenia. Po udzieleniu dwuzdaniowego wywiadu przemyślałem jednak sprawę i stwierdziłem, że nikt nie pokaże w TV tak bezbarwnej i małokontrowersyjnej wypowiedzi. Na szczęście pojawiła się druga szansa, tj. w trakcie poprzedniego nagrania zacięła się taśma i poproszono nas o ponowną wypowiedź. Więc zaznaczyłem: "Tak, jest tu dość czysto, choć tam w kącie za skałami leżała kupa śmieci i można by trochę poprawić. Ale muszę powiedzieć, że ostatni tydzień spędziliśmy w Azerbejdżanie i w porównaniu z nim Gruzja jest generalnie bardzo czysta". Wieczorem w Borżomi w głównym wydaniu dziennika ukazał się materiał z Uplistscyche, a w nim Marcin z Adą przechadzający się wśród ruin i moja wypowiedź. Gdy piszę te słowa jest grudzień 2007 i zaledwie dwa tygodnie temu Michaił Sakaaszwili zamknął z hukiem telewizję IMEDI jako opozycyjną dla jego rządów. W lipcu skorzystaliśmy jednak z gościnności ekipy IMEDI, która podwiozła nas autostopem prosto po hotel Intourist do Gori.

Tymczasem wrzuciliśmy bagaże na dach ostatniej tego dnia marszrutki do Borżomi. W czasach ZSRR miasto było słynnym uzdrowiskiem, do którego na wczasy zjeżdżali obywatele wszystkich republik związkowych. Transformacja nie wyszła miastu za zdrowie, i dzisiaj niegdyś bogate hotele, domy wypoczynkowe świecą pustkami, a spora część z nich jest w ruinie. Bogaci Rosjanie wybierają dzisiaj prawie wyłącznie Soczi, i większość kuracjuszy to biedni emerytowani Gruzini, którzy jeżdżą do wód raczej z sentymentu. Lokalny samorząd stawia na turystów zagranicznych, a z myślą o nich stworzył nawet punkt informacji turystycznej, gdzie po angielsku i rosyjsku można się bez problemu porozumieć. Odnawiany jest park zdrojowy, ale lokalna woda źródlana, może i lecznicza, dla nas była nie do przełknięcia i zbierało nam się na wymioty już po pierwszym łyku.

Wybraliśmy się do Borżomi niejako przy okazji, bo stamtąd chcieliśmy iść na krótki 3-dniowy trekking w góry. Niestety od 2007 roku obowiązują we wszystkich gruzińskich parkach narodowych niemałe opłaty, tj. 15 lari za wstęp i 10 lari za każdy dzień pobytu. Mnogość strażników, tzw. Rangersów uniemożliwia pobyt bez specjalnie wykupionej opłaty (uwaga - można to wykupić wyłącznie w dyrekcji parku w Borżomi!), a zezwolenie jest sprawdzane przy wejściu, przy wyjściu i na trasach.

Bogna nadal była na antybiotykach i została w mieście na kwaterze (15 lari) więc byliśmy zmuszeni ograniczyć nasze plany do jednego noclegu. Pierwszego dnia w dość wolnym tempie podeszliśmy do chatki pod Lomis Mta (6 godzin marszu), gdzie spędziliśmy noc w towarzystwie Słowaków i Litwinów. Góry te są dość frustrujące, tj. do wysokości 1800-2000 metrów pokrywa je bardzo gęsty las, także pierwsze godziny to mozolne drapanie się po błotnistych ścieżkach i przez krzaki, ale odsłonięta grań wynagradza trudy wędrówki. Optymalnie warto spędzić w tym paśmie 3 dni, w którym to czasie można zobaczyć najciekawsze, czyli najwyżej położone tereny. Chatki w których można nocować są podstawowo wyposażone, są to drewniane schrony z równie drewnianymi pryczami, więc trzeba zabrać własne jedzenie i sprzęt biwakowy łącznie z garami. Szlaki w parku są bardzo słabo lub w ogóle nieoznaczone.

Na popołudnie drugiego dnia po forsownej trasie i zejściu na rympał korytem strumienia dotarliśmy do Kvertvisi, skąd udało się złapać lokalną marszrutkę z powrotem do Borżomi (1 lari). Następnego dnia skoro świt ruszyliśmy z powrotem do Tbilisi. Spieszyliśmy się, bo mieliśmy nadzieję dostać się na wieczór do Omalo w Tusheti. Plan był ambitny, bo przejazd przez pół Gruzji zajmuje trochę czasu. O 12:00 byliśmy w stolicy, przejechaliśmy metrem do centrum gdzie w sklepie (przy stacji Rustaweli) z zagraniczną żywnością uzupełniliśmy zapasy kaszek dla niemowląt na śniadania i inne jedzenie, wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy na trzeci dworzec autobusowy w Tbilisi (przejazdy tranzytem przez stolicę są bardzo upierdliwe). Po negocjacjach cenowych siedzieliśmy w busiku do Alvani k. Telavi.

Alvani to małe miasteczko trzy godziny jazdy od Tbilisi (8 lari od osoby), gdzie na głównym skrzyżowaniu stoją dwa opuszczone domy, a w posowieckim domu towarowym znajdują się trzy sklepy. Ta pipidówa to okno na świat regionu Tusheti, tj. znajduje się poczta i tu też zaczyna się górska droga do Omalo. Niestety dojazd do Omalo jest problematyczny, bo nie ma mowy o żadnej komunikacji publicznej i można liczyć tylko na mieszkańców wioski, którzy w Alvani robią zakupy. Droga jest przejezdna wyłącznie dla jeepów a pokonanie 70 km zajmuje 4 godziny.

Ponownie pomogło nam szczęście, bo mimo późnej pory spotkaliśmy Gruzina z terenowym Mitsubishi i pustą paką. Cena którą zaśpiewał za wszystkich była astronomiczna, bo aż 200 lari (125 dolarów), ale nie pomogły negocjacje, odchodzenie od samochodu i inne zagrania, bo podobną cenę ustalił rynek: 25 lari dla miejscowych i 35 lari dla zagranicznych. Z bólem serca zgodziliśmy się na warunki monopolisty i zapakowaliśmy się do kabiny i na pakę.

Po wizycie na jedynej w okolicy stacji benzynowej ruszyliśmy drogą. Już po 5 km skończył się asfalt i grzaliśmy 70 km/h po polnej, ale płaskiej drodze. Wkrótce miało się okazać, czemu przejazd kosztuje aż tyle. Droga wchodzi w bardzo głęboką dolinę, tnie półkami skalnymi i cały czas się wspina. Po drodze przejeżdża się przez kilka rzek i strumieni, koło jęzora lodowca, a nawet pod wodospadem (ci co jadą na pace, będą przemoczeni w ułamku sekundy!). Ilość serpentyn jest przeogromna, bo przez 2,5 godziny trzeba wspiąć się samochodem 2500 m do góry, na wysokość 2900 m! Szczególnie emocjonujące jest mijanie się z innymi samochodami, bo na drodze zmieści się tylko jeden, więc drugi musi zatrzymać się przy ścianie, kiedy pierwszy wjeżdża jednym kołem na kamienistą krawędź przepaści. Osoby z lękiem wysokości mają tam czego się bać. Nie wiadomo co gorsze, wjazd czy zjazd, bo na zjeździe Gruzini oszczędzają hamulce i przed każdym zakrętem jest ta chwila niepewności: zdąży wyhamować czy nie? Droga zjeżdża do doliny drugiej rzeki, po to, żeby przekroczyć most i wspiąć się znowu do Omalo.

Omalo jest położone w raju. Po czterech godzinach z wystrzępionymi nerwami, na półkach skalnych i serpentynach, nad przepaściami; nagle ni z tego ni z owego otwiera się szeroki na kilka kilometrów płaskowyż, pełen łąk, lasów, kwiatów. Na drugim jego końcu wyrasta góra, na której zboczu znajduje się wioska, a na samej górze - Omalo górne, kilkanaście domów pod kamiennymi wieżami.

Kamienne wieże to symbol Kaukazu. W Tuszetii informowały kiedyś mieszkańców o zbliżającym się najeździe z Dagestanu lub Czeczenii. Ciągną się przez cały region, a każda wieża widzi następną. Gdy zbliżali się wrogowie, zapalano na szczycie wieży ognisko, następna wieża w kolejności zapalała następna i w ten sposób na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów cały region był zaalarmowany w przeciągu kilkunastu minut!

Cały nasz misterny plan uniknięcia opłat za wstęp do parku narodowego wziął w łeb, bo rozbiliśmy się na terenie posesji jednego z rangersów, który od razu ściągnął od nas haracz w wysokości 15 lari. Nie ma tego co by na dobre nie wyszło, bo w wiosce na niewielkie pieniądze można kupić bardzo smaczny lokalny ser i zaopatrzyć się w świeże mleko (zrobiłem to w domu położonym najwyżej i przydała się tam znajomość niemieckiego - gospodyni uczyła się tego języka w liceum).

Następnego dnia wyruszyliśmy na właściwy trekking. Szeroką polną drogą, która nadaje się do przejazdu rowerem albo samochodem, poszliśmy do Dartlo. Z Omalo można iść na północ także grzbietem około 3000-metrowym, ale nie ma tam nigdzie źródeł wody i ciężko zejść do doliny w jeden dzień (to trasa na 10-14 godzin), więc wskazane jest posiadanie zapasów wody na jeden nocleg. Trasa wybrana przez nas jest i tak bardzo malownicza, a idąc grzbietem omija się niestety Dartlo.

Dartlo było dla mnie najpiękniejszą kamienną wioską w regionie. Urokliwe jest to, że wieże nie tylko górują nad wsią, ale także kilka z nich znajduje się między domami. Jeden z górali opowiedział nam, że jeszcze jego dziadek miał w zwyczaju wieszać na wieżach ucięte głowy i ręce pokonanych wrogów. Na dole wioski łatwo wypatrzyć ruiny cerkwi, która jakoby była przeklęta. Ilekroć kończono jej budowę, a próbowano 3 albo 4 razy, zawalał się dach, więc do dzisiaj stoją wyłącznie ściany budynku.

Ruszyliśmy dalej w popołudniowym słońcu, wybierając wariant drogi nad rzeką (można iść także przez wioskę położoną 200 metrów nad dnem doliny). Snuliśmy się z Bogną na końcu grupy. Po 8 godzinach marszu byłem nieziemsko zmęczony, a prażyło niemiłosiernie. Nawet nie zauważyłem i nie usłyszałem górala jadącego konno, który chciał nas wyprzedzić. Kiedy Bogna ostrzegła mnie, żebym uważał, odwróciłem się i zderzyłem prosto z nozdrzami jednego z koni. Musiałem wyglądać na wyczerpanego, a może góralowi podobały się blond włosy Bogny, bo zaoferował, że nas podwiezie. I w ten sposób pojechaliśmy autostopem na koniu!

Wieczorny obóz rozbiliśmy przy strumieniu koło wioski Czeszo. Pogawędziliśmy z naszym góralem, ale rozmowa się nie kleiła, bo nie mówił po rosyjsku, a my w gruzińskim znaliśmy tylko kilka słów. Turysta w tych rejonach to okaz rzadki, bo wzbudziliśmy zainteresowaniu u miejscowych. Kilkunastu nawalonych w trupa górali przygalopowało do nas konno, o mało nie tratując namiotów i bardzo chcąc pozować do zdjęć. Byli namolni, ale zupełnie nieszkodliwi, i niedługo potem pogalopowali z powrotem do Czeszo.

Następnego dnia po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do bazy pograniczników gruzińskich w Girewi, gdzie obligatoryjnie musieliśmy się zarejestrować. Nie do końca jest jasne, jakie zezwolenia trzeba mieć na trekking w strefie przygranicznej. Spotkani Polacy twierdzili, że wymagano od nich jakiegoś papieru z Tbilisi, ale powołali się na pułkownika Tetuadze Aftandila, którego spotkali przypadkiem w Omalo i to wystarczyło. My z kolei na prośbę o zezwolenie pokazaliśmy bilety wstępu do parku narodowego wystawione w Omalo no i oczywiście paszporty, co również zadowoliło panów z kałaszami. I ruszyliśmy dalej.

Droga już jakiś czas temu zamieniła się w ścieżkę, która w samym Girewi prowadzi między kamiennymi wieżami (nie jest to wcale takie oczywiste). Po kolejnych godzinach i minięciu zrujnowanych wież w Czontco natknęliśmy się na patrol pograniczników, którzy skrupulatnie skontrolowali nasze dokumenty i konsultowali to z punktem w Girewi przez radio. Powód prosty - szliśmy doliną pod samym Tuszetskim Grzebieniem (3400-3600 m), po którym biegnie granica gruzińsko-czeczeńska. Pogranicznicy wracali powoli do swojej bazy w górze doliny i mijaliśmy się raz po raz. W końcu zaproponowali nam gościnę u siebie. Po krótkich wahaniach zdecydowaliśmy się iść z nimi.

Krótko przed zmrokiem po bardzo długim i wyczerpującym marszu dotarliśmy do bazy, zakładanej co roku na wiosnę i zwijanej na zimę w tym samym miejscu: gdzie do doliny schodzi ścieżka z przełęczy Larowani (3317 m). W bazie rarytas - agregat zapewnia minimalną ilość ciepłej wody w polowym prysznicu!

Na kolację zostaliśmy zaproszeni do mesy, gdzie razem z obsadą całego posterunku - około 10 żołnierzy - zasiedliśmy do kolacji. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi gośćmi w historii, więc na naszą cześć zarżnięto barana, a kucharz jak na warunki wojskowe stanął na głowie: pieczona baranina, gotowana baranina, kiszone buraki (? do dziś nie jestem pewien co to było), miód, mleko no i cza-cza. Nazajutrz mieliśmy zaplanowaną pobudkę na szóstą i przejście przez Przełęcz Atsunta, a impreza aż trwała do pierwszej, przy długich toastach z czaczy, opowieściach, śpiewaniu pieśni polskich i gruzińskich. Pawłowi został podarowany nawet mundur pogranicznika!

Gruzini wyposażyli nas na drogę w litr miodu i masę skondensowanego mleka, które dodatkowo obciążyły nasze plecaki i odprowadzili do kładki nad rzeką. Tam też mieliśmy okazję zrobić sobie zdjęcia z naładowanym AK-47, czyli słynnym kałasznikowem.

Ścieżka w tym miejscu jest już praktycznie niewidoczna. Dalszą drogę trzeba pokonać wzdłuż strumienia, trzymając się jego prawej strony. Po godzinie dociera się do punktu, gdzie schodzą się dwie rzeki, oznaczonego na radzieckich mapach topograficznych jako miejsce o wysokości 2525 m. Z tego miejsca na przełęcz trzeba liczyć 4 godziny forsownego marszu na rympał, najpierw przez łąki, potem gołoborza, wreszcie po nagich skałach. Należy trzymać się lewej strony strumienia, tak jak zaznaczone jest to na mapach.

Końcowe 200 metrów podejścia na Atsuntę jest strome i bardzo męczące, gdyż podchodzi się po łupkach i po każdych dwóch krokach w górę zjeżdża się jeden w dół. Na samej przełęczy nie ma też specjalnie miejsca na załatwienie potrzeby fizjologicznej, a z problemem tym u nas borykała się Pszczoła, która pierwsza wdrapała się na górę i rozwiązała go przechodząc na drugą stronę.

Prawdziwym wyzwaniem było jednak zejście, a w zasadzie zjazd kamienistym żlebem, zawalonym odłupanymi łupkami. Skały są bardzo ostre i przecięły nawet licowaną skórę mojego buta. Każda schodząca osoba pociąga lawinę kamieni, groźną nawet dla tych znajdujących się kilka metrów niżej. My rozwiązaliśmy problem schodząc w 5-10 minutowych odstępach czasu, a pierwsza osoba zjeżdżała w dół starając się spuścić jak najwięcej kamieni, żeby przetrzeć szlak dla innych. UWAGA! NA ATSUNTĘ BEZ SPRZĘTU NIE DA SIĘ PODEJŚĆ OD ZACHODU, albo przynajmniej jest to bardzo trudne. Polecamy asekurację liną, choć nie wiem czy błyskawicznie nie przetarłaby się na ostrych łupkach.

Zmordowani, z pociętymi dłońmi, butami i wysmarowani żwirem zeszliśmy na zachód słońca do miejsca zaznaczonego na mapie linią lasu, gdzie mały strumyk wypływał z topniejącego śniegu i rozbiliśmy w tym malowniczym miejscu obóz, z fantastycznymi widokami na Hpliken (3228 m).

Rano spaliśmy do 10-tej, wynagradzając sobie trudy poprzedniego dnia. Przejście grzbietem Hidotani jest bardzo malownicze, a sam grzbiet podobny do bieszczadzkich połonin, z tą różnicą, że kaukaska połonina ma 2800 m. Na wschodzie widać z niej masywną Tebulosomtę, najwyższy szczyt w okolicy (4492 m). Z grzbietu zeszliśmy starą i bardzo zarośniętą pasterską ścieżką na zachód, ostrymi zakosami schodząc do kilku domów.

Jak się okazało później, dużo lepiej byłoby iść dalej grzbietem, bo elegancka ścieżka, bynajmniej niezarośnięta, schodzi do samego Ardoti. W Ardoti kontakt z cywilizacją - dojechała tam grupa gruzińskiej młodzieży i grała w siatkówkę. Po naszych ekstremalnych przygodach na przełęczy oddalonej zaledwie o dzień drogi, dziwnie się czuliśmy ponownie między ludźmi, którzy ograniczali swoje plany wypoczynkowe do leżenia nad rzeką i ani myśleli iść w góry.

Nocleg i potężna burza złapały nas w Muco, kolejnej wiosce z postrzępionymi wieżami wybudowanymi na postrzępionych skałach. Z dołu przywodzi to na myśl zamek Drakuli z najlepszych horrorów.

Z Muco do Shatili jest tylko 5 godzin marszu. Shatili położone jest zaraz przy granicy z Czeczenią. Dzisiaj wioska jest niezamieszkała, tylko kilka domów powstało bezpośrednio pod nią. Spełniała funkcje obronne przed najazdami od północnych sąsiadów, więc położona jest wysoko nad doliną, ma kamienne mury. Wszystkie domy połączone są korytarzami, drabinami i dachami, więc obrońcy wioski mogli przemieszczać się bezpieczni przed wrogiem. Znakomite miejsce do gry w chowanego.

Mieliśmy bardzo duży problem z wydostaniem się z Shatili. Jeździ tam tylko ciężarówka wojskowa raz na kilka dni. Spotkaliśmy Gruzinów, studentów biologii z Tbilisi, którzy byli w górach na badaniach i od trzech dni czekali na jakikolwiek transport. Szczęście znowu nam pomogło, bo kiedy część z nas robiła pranie, kąpała się w rzece, nagle pojawił się... SAMOCHÓD! Duży terenowy UAZ. Nawet nie próbowaliśmy negocjować ceny, żeby nie utknąć tam na kilka dni.

Kierowca zgodził się nas zabrać do Tbilisi za 15 USD od osoby. Do środka zmieściła się nasza siódemka, czwórka studentów gruzińskich, kierowca i jeszcze jedna kobieta, która siadła na przednim siedzeniu. Samochód był bardzo obciążony nami i plecakami, a ścieśniliśmy się w środku jak sardynki w puszkach. Jeszcze przed zmrokiem wjechaliśmy na przełęcz 2800 m i zaczął się zjazd. Po dwóch godzinach drogi radośnie śpiewaliśmy z Gruzinami piosenki, kiedy nagle wszyscy zamilkli, bo samochód zaczął niebezpiecznie szybko przyśpieszać. Zepsuły się hamulce!

To był zjazd z wysokiej przełęczy: Serpentyna za serpentyną, na piaszczystej i wyboistej drodze. Z prawej strony ściana skalna, a z lewej przepaść. Do dna kanionu jakieś 100-200 metrów lotu. Siedziałem za daleko od drzwi, żeby móc cokolwiek zrobić. Na każdym wyboju mogliśmy wylecieć z trasy, samochód bezwładnie skakał, kierowca cudem zmieścił się w dwóch zakrętach, ale wiedzieliśmy, że ten przed nami jest zbyt ostry i się nie zmieścimy. Że będzie ostatni...

W tym momencie ja i każdy w tym samochodzie wiedział, że za moment zginiemy.

I zdarzył się cud. Nie jestem człowiekiem religijnym, ale to był cud.

Hamulce zadziałały! Gwałtowne szarpnięcie, ostre wejście w zakręt, a za nim się zatrzymaliśmy.

Na gumowych nogach wytoczyliśmy się z pojazdu, a zanim zdążyłem zebrać myśli, Marcin krzyczy do mnie, żebym wyjmował apteczkę. Kobieta, która jechała na przednim siedzeniu, otworzyła drzwi i wyskoczyła z rozpędzonej trumny. Cała zakrwawiona leżała na drodze. Udzieliliśmy jej pierwszej pomocy, miała złamaną rękę i cała poobijana, ale oprócz tego raczej w szoku. Co nie zmienia faktu, że baliśmy się o jej obrażenia wewnętrzne.

Tylko jak znaleźć lekarza? Jesteśmy na górskiej drodze, po której jeździ jeden samochód dziennie, w środku Kaukazu, zasięgu komórki nie ma, nasz samochód nie nadaje się do jazdy. No, tylko nam się tak wydawało, bo nasz kierowca, nadal roztrzęsiony, powiedział że ponieważ hamulce działają, to jedziemy dalej. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie wsiadłby do tego samochodu ponownie. Kierowca nalegał, a kiedy stwierdził, że nie chcemy z nim jechać, zażądał pieniędzy, których nie zamierzaliśmy mu dać, bo nie przejechaliśmy nawet 1/3 trasy.

Wtedy wyciągnął pistolet, a tak przygotowany przystąpił do ponownych negocjacji. Marcin zachował się przytomnie i stanęło na 2/3 pieniędzy, a my pozbyliśmy się agresywnego Gruzina, który faktycznie siadł za kierownicą i pojechał dalej w noc.

Ranną Gruzinkę zabrał drugi samochód, który jechał w drugą stronę. Do dziś nie wiemy, jakim cudem wziął się w tamtym miejscu o tej nocnej porze.

Rozbiliśmy namioty, urżnęliśmy się gruzińską wódką zaoferowaną przez studentów z Tbilisi, i poszliśmy spać. Skoro świt zeszliśmy 10 km do najbliższej wioski, Barisacczo, i złapaliśmy o 8:30 jedyny autobus do Tbilisi. Po drodze nie widzieliśmy nigdzie naszego UAZa w rowie, natomiast wzbudziliśmy zdumienie u jednego Gruzina, którego o 6:30 na górskiej drodze minęła grupka 11 osób z plecakami. Chyba myślał, że to poranny kac.

Popołudniu przekroczyliśmy granicę z Armenią.

>> Czytaj kolejną część
 


 

  w Internecie od 1998 r.